Czy coś łączy Brucknera z Brittenem i Lutosławskim, których utwory złożyły się na piątkowy koncert krakowskich filharmoników? Skłoniło mnie to do ogólniejszej refleksji estetycznej natury. W tym, jak określić wobec powyższych kryteriów twórczość Antona Brucknera? Z jednej strony przeniósł on idee Richarda Wagnera na grunt symfoniki, zarówno pod względem rozmiarów, jak i instrumentacji, torując drogę Gustavowi Mahlerowi. Nadał też dość niecodzienną formę swojej II Mszy e-moll, zestawiając chór wyłącznie z instrumentami dętymi i to przede wszystkim blachą.
Z drzewa występują dwa oboje, dwa klarnety i dwa fagoty. Co prawda zostało to poniekąd podyktowane plenerowymi okolicznościami prawykonania. Z drugiej posiada ona surowe i nieco archaiczne rysy za sprawą odniesień do chorału gregoriańskiego, na przykład w Kyrie, ale już Glorię wieńczy fuga. Alaksandr Chumała wydobył te cechy kompozycji, zachowując jego brzmieniową ascezę. Poza tym zwracało uwagę posługiwanie się od dawna niesłyszaną wymową łacińską, do jakiej byliśmy dawniej przyzwyczajeni, a którą wiąże się z tradycją niemiecką.
Benjamina Brittena łączyła przyjaźń z Dmitrijem Szostakowiczem. O ile ten drugi zrezygnować musiał z nowatorstwa pod wpływem presji politycznej i stworzyć indywidualny styl poprzez umiejętne, indywidualne wykorzystanie tradycji, o tyle w przypadku angielskiego twórcy zachowawczość była jego własnym wyborem i znakomicie odnajdywał się w takiej właśnie stylistyce.
Skąd natomiast wzięły się nawiązania do katolickiej mszy żałobnej w nazwie poszczególnych części i całości Sinfonii da Requiem op. 20? U niepraktykującego anglikanina, ale za to przekonanego pacyfisty? Czyżby ze względu na toczoną właśnie wojnę, w tym przez Japonię, która pierwotnie zamówiła ten utwór, ale wycofała się, azali właściwie odczytując ukrytą aluzję?

Lacrimosie, zgodnie z oznaczeniem ben misurato niepokojący charakter przydaje uporczywe ostinato kontrabasów, harf i fortepianu, rzeczywiście dokładnie odmierzone przez prowadzącego Alaksandra Chumałę. Z tego może powodu następujące atacca Dies irae nie czyniło już wrażenia pełnego grozy pandemonium, lecz pozostawało w granicach dobrze rozumianej powściągliwości z zaznaczającym się wszakże marszowym rytmem. Requiem æternam przynosi uspokojenie, choć pod koniec powraca znane ostinato.

Requiem æternam i Lacrimosa złożyły się natomiast na pracę dyplomową zamykającą studia kompozytorskie Witolda Lutosławskiego w Konserwatorium Warszawskim, choć w swojej dalszej twórczości nie wykazywał już więcej zainteresowania tego rodzaju repertuarem. W związku z osobą Mstisława Rostropowicza, represjonowanego niebawem po prawykonaniu, przypisywano Koncertowi wiolonczelowemu Lutosławskiego ukryty program polityczny, od czego kompozytor, zwolennik absolutnego charakteru muzyki, stanowczo się odżegnywał.
W przeciwstawieniu partii solowej pospolicie brzmiącej orkiestrze, zwłaszcza trąbkom, upatrywano konfliktu między wrażliwą jednostką, osamotnionym artystą, a nieprzychylnym mu otoczeniem, konformistyczną zbiorowością.
Oczekiwałbym zatem nadaniu tej konfrontacji bardziej zdecydowanych znamion bezwzględnego agonu, również w zakresie większych kontrastów brzmieniowych. Koreańska wiolonczelistka Tae-Yeon Kim, zwyciężczyni konkursów im. Lutosławskiego oraz Czajkowskiego, operowała szlachetnym dźwiękiem właściwym dla tego instrumentu (w tym konkretnym przypadku z roku 1880, pochodzącego z pracowni neapolitańskiego lutnika Vincenza Gagliana), a więc jego ciepłą barwą, w orkiestrze nie dostawało zaś pożądanej szorstkości, wskutek czego zabrakło mi w przebiegu muzycznym większej dozy dramatyzmu.

Ale takie jest może odczytanie tej partytury przez twórców należących już do innego pokolenia, ukształtowanych i działających w zupełnie innych czasach? Z przywołanej trójki to Lutosławski jawi się największym nowatorem, konsekwentnie poszukującym i wypracowującym swój indywidualny język muzyczny, co jednak nie oznaczało, iż był bezkrytycznym burzycielem zastanego dziedzictwa przeszłości.
Lesław Czapliński