Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała tak przygnębiającą scenografię i grę świateł, jak to miało miejsce w kopenhaskiej wersji Rigoletta, przedstawieniu będącym otwarciem sezonu wiosennego na tej scenie.

Fakt, że publiczność na zakończenie klaskała entuzjastycznie w stojących owacjach zawdzięczamy wyłącznie wykonawcom: dobór solistów był zaiste wspaniały, zarówno Alfredo Daza w roli głównej jak i Galeano Sala jako książę Mantui, byli nie tylko wyśmienitymi śpiewakami, ale i dobrymi aktorami. Clara Cecilie Thomsen, duńska gwiazda wracająca na tę scenę po wielu międzynarodowych sukcesach, była piękną, młodzieńczą, dziewiczo czystą Gildą, a i mniejsze role kreowali wybitni duńscy i szwedzcy soliści.

Chór męski brzmiał potężnie, a jako rarytas należy wymienić również użycie prawdziwych dzwonów kościelnych, zakupionych przed rokiem przez Towarzystwo Przyjaciół Opery. Kierowała wszystkim młoda i wątła Chinka Yi-Chen Lin, która upodobała sobie tempa najwolniejsze z możliwych, zaskakująco dobrze wspierających liryczna warstwę Rigoletta. Ale, jak już wspomniałam, była to bardzo mroczna wersja opery. Reżyserowała ją, według mnie z bardzo wątpliwym rezultatem, Szwedka Sofia Adrian Jupither.
Wspaniały początek Rigoletta, rozgrywający się podczas balu na dworze rozpustnego księcia Mantui (w okresie renesansu), gdzie muzyka błyszczy światłem i zaprasza do tańca, wyróżniał się w Kopenhadze tym, że żadnych tańców nie było.

Scenę dominował wielki stół biesiadny, przy którym siedziały nieruchome postacie w czarnych, prawie identycznych garniturach, i na który od czasu do czasu wyskakiwał beztrosko książę i co poniektórzy z jego dworzan.

Kobiety, wszystkie znajdujące się na celowniku erotycznym księcia, a im młodsza, tym bardziej zagrożona, zamiast pięknych sukni czy też pociągającego negliżu, ubrane były w bladoróżowe lub bladożółte ciuchy, nadające się na strój sprzątaczki dworskich toalet. Jedyną ozdobą sceny było wielkie malowidło, które, jak się dowiedziałam z notatki w programie, bo z mojego stosunkowo dobrego miejsca w środku sali, absolutnie nie widziałam szczegółów, było parodią obrazu Hieronima Boscha: „Chrystus zstępujący do piekieł”. Dlaczego był to obraz holenderskiego malarza, a nie włoskiego z tej samej epoki, pozostanie zagadką scenografa, Erlenda Birkelanda. Dysharmonijne światła przyświecały z różnych stron i z różnej wysokości, od czasu do czasu oślepiając widza.
Rigoletto, nadworny błazen, okazał się nie mieć garbu, ale w późniejszych aktach widzieliśmy, że nosił żelazny gorset, co tłumaczyło jego nieudolne poruszanie się po scenie. Najbardziej elegancki okazał się morderca Sparafucile, pojawiający się na początku aktu drugiego, a wykonujący swą „brudną robotę” na zakończenie opery. Drugi akt, gdzie wraz z wejściem Gildy na scenę, powinno pojawić się światło (Gilda jest córką Rigoletta, chowana w izolacji, by oko księcia jej nie przychwyciło). Niestety, ukrycie nie było całkowite, bo Gilda miała możliwość chodzenia do kościoła, a tu „wpadła w oko” księciu, przebranemu za ubogiego studenta. Centralna aria opery (Caro nome), w która zakochana nastolatka wkłada całe swe niewinne uczucia, to ten promień słońca, na który czekaliśmy od początku przedstawienia.

Niestety, inscenizacja robi wszystko, by go zgasić: cały akt rozgrywa się na tle ogromnego, ciemnego muru, być może symbolu odizolowania Gildy, ale rezultat jest niefortunny, brzydota muru konsekwentnie niweluje piękno śpiewu. Reszta opery to wielkie deroute: Porwana przez dworzan Gilda (wszyscy myślą, że jest ona kochanką Rigoletta i chcą się na nim zemścić za jego niewybredne i złośliwe żarty), zostaje zgwałcona przez księcia (bo to on był tym biednym studentem) a zrozpaczony Rigoletto postanawia się zemścić: jedyna cena za hańbę jego i córki, może być śmierć księcia, i tu Sparafucile na dobre wkracza do akcji. W ostatnim akcie znowu pojawia się wysoki mur, (tym razem jest jeszcze w gorszej, bo mur jest w bielonej, odrapanej wersji), w murze wycięto małą przestrzeń – to karczma Sparafucile, do jej wnętrza wabi księcia siostra mordercy, Maddalena. Na zewnątrz natomiast, na tle muru, stoją Rigoletto i Gilda. Ojciec chce obrzydzić córce księcia (którego ona, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ciągle kocha), pokazując jej, jaki z niego babiarz i kłamca. Książe śpiewa przebój opery: (la donna e mobile w polskiej wersji: kobieta zmienną jest), po czym następuje absolutny klimaks opery, kwartet Bella figlia dell amore: sopran (Gilda), mezzosopran (Maddalena), tenor (książę) i ciemny baryton (Rigoletto), w którym różne uczucia, różne nastroje mieszają się tworząc jednak idealną całość. Samo tragiczne zakończenie, gdzie Gilda, przebrana za mężczyznę pozwala się zabić zamiast księcia, a Rigoletto otrzymuje jej ciało w zgrzebnym worku, jest w pewnym sensie antyklimaksem kwartetu. Zrozpaczony ojciec wznosi ramiona w górę, mur opada, na pustą scenę zaczyna cicho padać śnieg.
Eva Maria Jensen