W zasadzie przykładając tradycyjne kryteria – solista z akompaniamentem fortepianu – zwycięstwo powinno być po stronie altowiolisty Krzysztofa Chorzelskiego. Solidniejsza analiza zaprezentowanych utworów zaburza nieco ten trochę archaiczny podział. Dziś lansuje się równoważność obu partii instrumentalnych, co zresztą wynika z samej muzyki, więc traktujemy ten występ jako duet solistów, choć na pierwszy plan wypuszcza się smyczkowca, a fortepian stoi lekko z tyłu. Yuliannie Avdeevej to jednak nie przeszkodziło, aby w pierwszym utworze, Sonacie G-dur na wiolę i klawesyn J. S. Bacha, zagłuszać muzycznego partnera.

Czy nie wzięła poprawki na dynamikę współczesnego fortepianu, która znacznie przewyższa klawesyn, czy Krzysztof Chorzelski nie czuł się pewny w tym utworze i poprosił o przysługę, czy altówka nie równa się violi da gamba, czy obsługa Filharmonii zapomniała opuścić klapę? Dziś tego nie rozstrzygniemy. Sonata, zwłaszcza jej początkowy i końcowy segment, były pantomimą z fortepianem. Publiczność zorientowała się, że tak nie można i dwukrotnie dzwonkami telefonów zaprotestowała. Zresztą sam Krzysztof Chorzelski usiłując silnymi pociągnięciami smyczka obronić swoją pozycję dał kilka dźwięków nieczystych, a co najmniej jeden piskliwy. Dalej było już dużo lepiej, muzycy przestali walczyć o palmę pierwszeństwa i zagrali dwie bardzo ciekawe Sonaty, już typowo altówkowe. Dzieło wciąż zapomnianego i niedostatecznie docenianego Andrzeja Czajkowskiego (podobno przeleżało ponad 40 lat w jakimś pudle w piwnicy w formie pokreślonego rękopisu).
Utwór odnalazł pianista i działacz muzyczny Maciej Grzybowski, a moi znajomi i przyjaciele Marysia i Sławek Bychawscy, wprowadzili je do komputera i tak powstał cywilizowany zapis nutowy. Muzyka to dosyć dziwna, z jednej strony spontanicznie rozwijająca różne wątki już po wypadnięciu z jarzma systemu dur-moll. Z drugiej strony nie dająca się przyrównać do żadnego ze współczesnych „izmów”, nurtów i stylów.

Nie jest wykluczone, że gdyby Andrzej Czajkowski miał więcej szczęścia i dłużej tworzył, to dziś mówilibyśmy o „Czajkowskim XX wieku”. Natomiast w przebiegu samej Sonaty czuć było dobre porozumienie pomiędzy solistami, dialog muzyczny bez wskazania komu dać żółtą albo czerwoną kartkę. Występ Avdeeva – Chorzelski zakończyła muzyczna ciekawostka, Sonata na altówkę i fortepian Rebecca'i Clarke, która stylistycznie wyrastała z późnego romantyzmu z naleciałościami dalekowschodnimi, gdy idzie o motywikę. Pierwsza inwokacja altówki poprowadziła nas jakby do Chin, ale późniejsze harmonie nakazały powrót na grunt europejski. Emocjonalnie trzyczęściowa Sonata zbliżała się do epokowego dzieła Cesara Francka, tak zgrabnie opisanego w Poszukiwaniu straconego czasu, była tylko trochę nowocześniejsza. Utwór skomponowany w początkach XX wieku miał być „koniem trojańskim” dla ambitnej kobiety, która w męskim przebraniu chciała zasiąść na muzycznym Parnasie jako Anthony Trent. Pomysł spełzł na panewce, ale altowioliści – a jeszcze lepiej altowiolistki – mają przynajmniej coś ładnego do pokazania.
Joanna Tumiłowicz