Po długim poście rosyjsko-muzycznym znów zaczęły się pojawiać pierwsze jaskółki dzieł wartych poznania lub przypomnienia. W Filharmonii Narodowej był już Rachmaninow, Musorgski i teraz przyszedł czas na powrót Dymitra Szostakowicza w programie 21 Festiwalu Chopin i jego Europa. Kwartet Hagena przywiózł ze sobą groteskowo-wstrząsający III Kwartet smyczkowy F-dur op. 73. Dzieło będące pokłosiem II Wojny Światowej miało początkowo swój opisowy program literacki, jakby muzyka sama nie przemawiała wystarczająco mocno do wyobraźni.
Warto jednak przytoczyć te kompozytorskie „didaskalia”. „Pogodna nieświadomość nadciągającego kataklizmu”zaczyna utwór. Potem słuchamy „Pomruków niepokoju i przeczucia”, następnie „Siły wojny zostają uwolnione” i dalej trzeba złożyć „Hołd zmarłym”, by wreszcie postawić „Odwieczne pytanie: dlaczego i po co?” Kompozytor szybko zrezygnował z tego nieco łopatologicznego objaśniania, bo obawiał się, że jego słowa mogą zostać odczytane niewłaściwie. Co gorsze, o ile w VII Symfonii Leningradzkiej powstałej w 1942 roku w końcowej części zawarł powszechne marzenie końca wojny i zwycięstwa oraz pokoju, to w tym „skromnym" utworze, jeśli idzie o użyte środki wyrazu, który ujrzał światło dzienne w 1946 roku, czyli już po hekatombie, nie ma żadnego happy endu, nie ma zwycięstwa, radości i optymizmu.
Wszystko zamiera, pogrąża się w ciszy niedopowiedzeń. Nikt nie ma odwagi powiedzieć „dlaczego” ani „po co”. Zostajemy w stanie niekończącego się lamentu. Mając na uwadze sytuację poza naszymi granicami taki nastrój jest jak najbardziej uzasadniony, co wykonanie czworga smyczkowców dodatkowo obudowało szalonymi zrywami obrazującymi muzycznie wściekłość i bezsilność. Czy jednak powrót do tej pory niechcianego Szostakowicza, z tym właśnie utworem i w takim specyficznym momencie, można uznać za zwycięski?

Czy niezależnie od wielkiego talentu i ogromnych dokonań muzycznych droga którą kompozytor przeszedł (a ponoć odkryto nawet u niego polskie pochodzenie) nie sytuuje go wśród koniunkturalistów i konformistów? Aby dali mu spokój wstąpił nawet do KPZR. Kazali zaniechać „formalistycznych” technik, to zaniechał. Nie wygłaszał prowokacyjnych tez, nie chwalił się swoimi poglądami, choć przyznać trzeba, że kiedy zaprzyjaźniony z nim Mieczysław Weinberg spytał, czy w razie aresztowania pomoże i adoptuje jego córkę, przyrzekł to uczynić. A zatem, choć Szostakowicz powrócił na naszą estradę, to niestety nie w aureoli zwycięstwa, lecz para-kapitulacji. Na Wschodzie – bez zmian, a my otwieramy drzwi.
Tyle, że w tym roku akurat wybija 50 rocznica śmierci kompozytora. To jest jakieś usprawiedliwienie. Nasi eksperci muzyczni jak na życzenie wygłosili peany na tę okoliczność, że Szostakowicz to artysta równy największym twórcom w historii muzyki, prawie kolega Bacha, Beethovena i Mozarta. Napisał, jak Bach, 24 Preludia i fugi na fortepian.

Beethoven dał radę stworzyć tylko 9 Symfonii, a Szostakowicz ofiarował światu aż 15. Z Johannesem Brahmsem nie mamy takich problemów, bo choć to Niemiec, ale do tej Wielkiej Trójki się nie zalicza. Więc Hagen Quartet biorąc na warsztat Kwintet fortepianowy f-moll op. 34 Brahmsa i zapraszając świetnego Japończyka do fortepianu (Mao Fujitę), tylko umiejętnie rozładował atmosferę i rozwiał wątpliwości. Brahms nie miał powodu aby uroczyście wracać, a jego Kwintet sam w sobie jest wystarczająco dobry, aby wystąpić w towarzystwie Szostakowicza. Trzeba przyznać, że z przyjemnością słucha się muzyków, którzy grają i muzykują „pełną gębą”. Jednak na koncercie całkiem przypadkowo dwukrotnie pojawiły się obce, nieco frywolne melodyjki aparatów komórkowych, ludzie od Hagenanie dali żadnego bisu. Co sprawiło, że „standing ovation” była tym razem mocno zawiedziona. Takie są skutki zapatrzenia w ekran.
Joanna Tumiłowicz