Koncert słynnego Kwartetu Belcea wysłuchany w gorącym okresie dyskusji o uchodźcach skłonił do wcale nie dyluwialnych rozważań. Jeśli grają muzykę Feliksa Mendelssohna, która zalicza się do obszaru sztuki niemieckiej, to każdy z członków tego zespołu jest w pewnym sensie kulturowym uchodźcą. Gdyby natomiast poszperać w przodkach kompozytora, to pewnie tym razem on mógłby stać się etnicznym uchodźcą w Polsce, Rumunii, Korei lub Francji.
I nie trudno stwierdzić, gdzie poczuł by się najlepiej. Jednak tu i teraz lepiej wsłuchać się w przygotowany przez Belcea'ę program, bo to uwalnia od stresów i zmór. Dwa krótkie utwory Mendelssohna zagrali na początek z wielkim zacięciem romantycznym. Nawet Fuga, z natury kompozycja wykoncypowana, wyraźnie skłaniała smyczkowców do tworzenia ciekawej kantylenowej struktury.
Każdy wchodzący kolejno instrument jakby wynurzał się z niebytu idealnie komponując barwę wejścia z już istniejącym brzmieniem. Następujące po Fudze Capriccio z początku przyniosło echa typowo Mendelssohnowskich współbrzmień, bliskich nawet największemu hitowi tego twórcy, czyli muzyce do Snu nocy letniej, po czym znów nastąpiła fuga, już mniej Bachowska, bardziej rozwichrzona, która w dalszym przebiegu rozwinęła się w romantyczny kaprys, choć z tematami fugi. Był to bardzo udany wstęp do koncertu w Filharmonii Narodowej.
Drugi punkt programu, Kwartet C-dur zwany dysonansowym W. A. Mozarta przyciągał swoim nieco prowokacyjnym, powolnym wstępem, ale potem już artystów poniosło i piękne frazy pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej części zagrali z przesadną ekspresją, jakoś jakby za głośno, zbyt dramatycznie.
Postraszyli w Menuecie i końcowym Allegro, gdzie trzykrotnie pojawia się przepiękna fraza intonowana najpierw przez altówkę, a w końcowych przetworzeniach włożona do nut skrzypcom i wreszcie powtórzona przez wiolonczelę. Tu trzeba zaznaczyć, że choć nazwa zespołu pochodzi od nazwiska prymariuszki Coriny Belcea, to wygląda, że funkcję przewodniczenia zespołowi przechwycił Polak Krzysztof Chorzelski.

Jego udział w odtworzeniu wykonywanych dzieł jest najbardziej widoczny w pełnych ekspresji ruchach, nie tylko głowy, rąk, tułowia, ale także nóg, które nieustannie tańczą pod krzesłem i błyskają lakierkami. Pełnię swych możliwości Belcea Quartet pokazał w granym po przerwie Kwintecie fortepianowym Antonina Dworzaka (z ciekawie współtworzącym pianistą Aleksandrem Mielikowem). Tu dała o sobie znać wielka wrażliwość całej piątki, energia i fantazja w podejmowaniu świetnie skrojonych tematów tej kompozycji. Utwór ten jest bardzo znany i często nadawany w Radiu, ale Belcea mogłaby być wzorem dla innych. I jeśli mowa o wzorach, to ten międzynarodowy zespół wykonał na bis zjawiskowo poprowadzoną, subtelnie i lirycznie, część Andante z Kwintetu Fortepianowego Johannesa Brahmsa.
Joanna Tumiłowicz