Przegląd nowości

Mahler uskrzydla: wszystko w sam raz – „Druga“ pod Antonim Witem

Opublikowano: poniedziałek, 16, czerwiec 2025 21:46

Po którejś konferencji prasowej Maestro Antoni Wit zwrócił się do mnie: „Pan nieraz pisze, że coś jest za głośno, a ja uważam, że w sam raz". I w dzisiejszym wykonaniu II Symfonii c-moll „Zmartwychwstanie“ Gustava Mahlera przez krakowskich filharmoników pod dyrekcją wspomnianego Artysty nawet na moje ucho wszystko było w sam raz. Ani dynamika, ani tempa nie sprawiały wrażenia przeszarżowanych. Były idealnie takimi, jakimi powinny być.

 

Filharmonia Krakowska 530

 

Dzięki temu okazało się, że, wbrew okolicznościom powstania, pomiędzy częściami istnieje więź tematyczna (chorałowy motyw blachy w skrajnych ogniwach), która umyka uwadze w interpretacjach kładących nacisk na masywność tutti i związaną z tym pozorną efektowność. W ten sposób Antoni Wit czytelnie ukazał ukrytą spójność tej partytury, mimo że pierwsza część Allegro maestoso pisana była jako osobny poemat symfoniczny zainspirowany II częścią Mickiewiczowskich Dziadów.

 

Filharmonia Krakowska 531

 

Kompozytor sugerował nawet, by dyrygent zszedł po niej z estrady i powrócił dopiero po pięciu minutach. Jednocześnie ujawniło się upodobanie kapelmistrza do muzyki Richarda Wagnera, którego dziełami wielokrotnie dyrygował Mahler, Antoni Wit natomiast, nie będąc nigdy w życiu związanym z jakąś operą, poza krótkim stażem w warszawskim Teatrze Wielkim u progu kariery, nie miał okazji urzeczywistniać jej na scenie, co najwyżej prezentować w formie koncertowej. A zatem wydobył z partytury II Symfonii „wagnerowskie“, kojarzące się z jego ulubioną Walkirią uporczywe tremolo altówek, na tle których zarysowuje się główny temat tej części.


Ważną pozycję w repertuarze tego artysty zajmuje muzyka Wolfganga Amadeusa Mozarta, również nieobca Mahlerowi. I było to słychać, na przykład w delikatnych wejściach fletu w Scherzu, przeciwstawionych bardziej wyrazistym motywom blachy. W ogóle w tym ujęciu dostrzegalna była obecność klasycystycznej kategorii decorum czyli stosowności. Wszystko pozostawało w granicach dobrego smaku, nic nie było przesadzone ani przerysowane. 

 

Filharmonia Krakowska 532

 

Nawet w Scherzu motywy klezmerskie nie sprawiały w najmniejszym stopniu wrażenia cokolwiek wulgarnego, co niekiedy wytykano kompozytorowi (nawiasem mówiąc to ogniwo po raz pierwszy usłyszałem   w formie cytatów w Sinfonii Luciana Berii).

 

Filharmonia Krakowska 533

 

Wynikało to prawdopodobnie z przywiązywania przez Antoniego Wita wielkiej wagi do orkiestrowego brzmienia, kształtowanego z wielką kulturą i muzykalnością. Dotyczyło to na przykład dialogowania w formie imitacji pomiędzy drzewem i skrzypcami w przypadku wspomnianego tematu Scherza. Podobnie było w odniesieniu do fanfarowego tematu tria. Także wizja Sądu Ostatecznego w piątej części w swojej grozie nie była przejaskrawiona. Antoniemu Witowi udała się rzecz niezwykła, a mianowicie skondensować czas muzyczny względem tego zegarowego. I nie była to kwestia forsowania temp, które były zgodne z oznaczeniami. Bardzo często symfonie Mahlera stanowią nie lada wyzwanie pod względem swych rozmiarów, które stają się uciążliwe zwłaszcza przy nadużywaniu dynamiki.


Tym razem miałem wrażenie, iż każda część jest krótszą niż w rzeczywistości, ani przez moment nie odczuwając znużenia. Dyrygent uzyskał ten efekt dzięki zastosowaniu szerokiej palety dynamicznej opartej na kontrastach oraz wyważeniu właściwych proporcji pomiędzy grupami instrumentów. Stąd nawet fortissimo nie odznaczało się hałaśliwością, będąc głęboko osadzonym w instrumentach.

 

Filharmonia Krakowska 534

 

Na słowa uznania zasłużyły sola trąbki, skrzypiec i harf w pieśniowym Urlicht, jedynie mezzosopran Anny Bernackiej wydawał mi się nieco za jasny. W tym przypadku preferowałbym alt, w związku z czym przywołam niedawno zmarłą Jadwigę Rappé. Podobnie wyróżniały się odzywki puzonu w następnym ogniwie.

 

Filharmonia Krakowska 535

 

W finale zachwyt budziło natomiast wejście przygotowanego przez Piotra Piwkę pianissimo chóru a capella, wyłaniającego się jakby z niebytu i przez długi czas pozostającego w tej dynamice, wzmocnionej dopiero wraz z rozlegającymi się tym razem osobno głosami męskimi. Spoza niego przebijał się jasny i dźwięczny sopran Izabeli Matuły, przenosząc w nieziemską sferę czystego piękna. Stąd zamiast hucznej kody mamy do czynienia ze swoistym rozpływaniem się na koniec orkiestry w dźwiękach dzwonów pasterskich i orkiestrowych, płatów blachy. Jak do tej pory była to najwybitniejsza Mahlerowska kreacja w ramach trwającego drugiego, poświęconego temu kompozytorowi festiwalu.

                                                         Lesław Czapliński