Recital pieśniarski Iana Bostridge'a przy akompaniamencie fortepianowym Saskii Giorgini trzeba uznać za nadzwyczajne wydarzenie artystyczne. Głos bardzo poprawnie prowadzony, choć artysta z regułami bel canta czasami obchodzi się dosyć swobodnie, w przypadku pieśni, które są „o czymś”, jest praktyką w pełni uzasadnioną. Panuje w kręgach „Schubertowców” nawet przekonanie, że aby śpiewać te arcydzieła miniatury wokalnej, nie należy specjalnie zwracać uwagi na idealne brzmienie głosu w pełnej skali, lecz raczej skupiać się na sensie tego wokalnego przekazu, następstwo poetyckich metafor, poszczególnych zdań i słów kluczowych.

Interpretacja muzyczno-aktorska ma być podstawą wykonania pieśni, które są niekiedy bardzo proste, innym razem muzycznie karkołomne, ale to dla śpiewaka nie powinno stanowić żadnej wokalnej taryfy ulgowej, bo całe wykonanie trzeba podporządkować poetyckiej myśli zawartej w tekście. I taki też był recital Iana Bostridge'a na Wielkanocnym Festiwalu Beethovena. Był więc Beethoven, w zasadzie ukryty wewnątrz programu, tak aby jego klasycznie skromniutka forma i treść nie przynosiła wstydu w otoczeniu „głębokich i ciemnych strof” romantycznej poezji niemieckiej. Delikatne westchnienia w cyklu Do dalekiej ukochanej, której może wcale nie było, zgubiłyby się emocjonalnie w poszczególnych mikro-dramatach Franciszka Schuberta, dlatego artysta zastosował ciekawy chwyt, wstawił Beethovenowskie „umizgi” pomiędzy kilka pieśni z cyklu Łabędzi śpiew i jeszcze w to wpuszczono półgodzinną przerwę w recitalu.
Słuchacz rozpalony gęstniejącą atmosferą rozterek egzystencjalnych schubertowskiego narratora, po odpoczynku zaczyna dalszy dyskurs ze swoim zranionym „ja” od jakiejś rozgrzewki, aby później już bez przystanku, nawet bez jednego oklasku, powrócić na ścieżkę miłosnego odrzucenia, szaleństwa, majaków, niewyobrażalnego cierpienia i zgrozy. Wszystkie te emocjonalne stany bohatera i narratora śpiewak wzbogacił różnorodną gamą ruchów, czasem czysto konwencjonalnych, jak poprawianie fryzury, albo dotykanie nosa, czasem bardziej znaczących, jak składanie rąk jak do modlitwy, gwałtowne pochylanie głowy, nerwowe ruchy dłoni.

A wszystko jeszcze odbywało się w trakcie chodzenia po scenie, jakby się nasz bohater denerwował, czegoś szukał albo na coś czekał. Ten styl interpretacji pieśni Schuberta i Beethovena, a także była tu wykonana na początek jedna „ballada” Hugona Wolffa do słów Goethego, stanowiąca dyskurs na temat boskiej omnipotencji, mógł być dla zwykłych obserwatorów recitalu nawet męczący. Na szczęście teksty niemieckich poetów ukazywały się w polskim tłumaczeniu na wyświetlaczu i to pozwalało zrozumieć, a przynajmniej zaakceptować „zachowanie się” Bostridge'a, jego niepokój, nie tylko dający o sobie znać w głosie, np. w przeraźliwym, niemalże niewokalnym krzyku w pieśni Sobowtór, co świetnie pasowałoby do jakiegoś filmowego horroru, ale także w mimice i spontanicznych ruchach interpretatora. Gdyby chcieć porównać kreację Bostridge'a z innym wykonawcami romantycznych cyklów Schuberta, to oczywiście nasuwają się tutaj nagrania Dietricha Fischer-Dieskaua, czy recitale starszego Pregardiena, bo młodszy jest zaledwie miniaturką na tle ojca. Dysponuję płytą Andrzeja Hiolskiego z cyklem Schwanengesang, w którym nasz artysta oczywiście przebija Anglika niezwykłą barwą swego głosu i dorównującą mu muzykalnością, jednak pamiętając pieśniarskie występy na żywo polskiego barytona nie wyobrażam sobie tak ruchliwej interpretacji w jego wykonaniu. Bostridge w niskich rejestrach stosował liczne uniki i sztuczki, co barytonom nie groziło, w wysokich natomiast także pokazywał rozmaite sposoby postawienia „góry”, co zresztą było zgodne z przyjętym stylem wykonawczym. Jestem całym sercem „za” interpretacjami Bostridge'a, byle tyko nie przesadzał z pewnymi pozami, z pochylaniem głowy, co źle wpływa na brzmienie głosu.
Joanna Tumiłowicz