Przegląd nowości

Sylwester w Madrycie

Opublikowano: niedziela, 05, styczeń 2025 10:41

Jeśli wybierać się gdzieś na Sylwestra, to tylko do Madrytu. Jeśli właśnie stolica Hiszpanii ma być tym miejscem, to należy koniecznie, poza zwyczajowym balem z tańcami flamenco, odwiedzić Teatro Real i Muzeum Narodowe Prado. Jeśli sylwestrowo-noworoczne imprezy rozpoczną się w operze, to trafia się na ostatnie w tym roku wystawienie Gaetano Donizettiego Maria Stuarda, do zobaczenia którego zachęcają jeszcze dodatkowo popisy wokalne dwóch polskich śpiewaków. Jeśli wzbogacić wrażenia muzyczne emocjami z dziedziny sztuk wizualnych, to do dyspozycji posiadaczy biletów do Muzeo Nacional Del Pradoza 15 euro, będą dzieła takich artystów jak Goya, Dürer, Memling, Raphael, Rubens, Tintoretto, Velazquez, El Greco, Tycjan, Caravaggio, Van Dyck i wielu innych, a w tym gronie znajdzie się też „największy rozmiarami" obraz tego muzeum wykonany przez urodzonego we Wrocławiu i zmarłego w Toruniu Bartłomieja Strobela (Strobla) – 1591-1647, polskiego malarza pochodzenia niemieckiego. Wszystkie te atrakcje zaproponowała i zorganizowała specjalizująca się w takich podróżach dla miłośników sztuki kompania turystyczna z Łodzi o nazwie Grand Tour, kierowana niezawodną ręką przez Marzennę Jezierzańską, a od strony merytorycznej wykorzystująca wiedzę i kontakty dyrektora operowego Sławomira Pietrasa.

 

Maria Stuarda,Madryt 5

 

Jest zatem o czym pisać, zwłaszcza, że opera Maria Stuarda do najpopularniejszych utworów nie należy, zaś skala trudności wykonawczych tym bardziej ogranicza możliwości jej wystawiania. W Teatro Real zobaczyliśmy przedstawienie tradycyjne w formie, ale wysmakowane w treści i warstwie wizualnej. Rzecz działa się w Elżbietańskiej Anglii, co podkreślały stroje z epoki i respektowane obyczaje, ale skromne dekoracje autorstwa Hannah Postlethwaite dopowiadały zręby przesłania tej tragedii ze sfer najwyższych. Dramat ten, nie licząc się z tzw. prawdą historyczną ułożył niemiecki poeta i dramaturg Fryderyk Schiller i przetłumaczył na włoski tworząc libretto Giuseppe Bardari. Mamy więc konflikt dwóch królowych w co wplątany jest uczuciowo pewien hrabia, a na końcu topór (rekwizytorzy operowi wystarali się o prawdziwy artefakt) spada na głowę nieszczęsnej Marii. Dekoracją jednej ze scen jest ściana pałacu wyłożona wielkimi małżowinami usznymi, co należy tłumaczyć, że na dworze Elżbiety I wszyscy wszystko wiedzą i jeszcze więcej plotkują. Innym stałym elementem dekoracji jest wielkie insygnium władzy, czyli jabłko królewskie, które na początku wisi pod sufitem, potem zostaje opuszczone niżej, wreszcie na końcu leży na ziemi rozbite, co wskazuje na jakąś katastrofę i zagładę, ale nijak się ma do losów Anglii i rzeczonej Elżbiety, która dobrze przyczyniła się do potęgi swego kraju. Trzeba jednak zrozumieć, że reżyser przedstawienia David McVicar poszedł bez cudowania za przykazaniami libretta, które było słowo w słowo tłumaczone na trzech wyświetlaczach (lewo, góra, prawo) na hiszpański i angielski. Dodatkowo dla widzów, którzy siedząc na górnych piętrach widowni Teatro Real czyli królewskiego, mogli nie widzieć dokładnie tego, co się dzieje na scenie, umieszczono pod sufitem dwa wielkie telebimy wyświetlające sedno akcji. 


Polscy melomani przybyli z Grand Tourem mieli jednak miejsca najlepsze i pewnie najdroższe, na samym dole w pierwszych rzędach. Impreza sylwestrowa miała u nas powodzenie, bo przyleciało do Madrytu 30 osób. Oczywiście najważniejsza w operze jest muzyka i tutaj mieliśmy wykonanie w bardzo dobrym stylu. Coro y Orquesta Titulares del Teatro Real pod dyrekcją Jose Miguela Perez-Sierry popisały się precyzją, muzykalnością i nienaganną intonacją.

 

Maria Stuarda,Madryt 1

 

Dyrygent prowadził zespoły pewnie i z południowym temperamentem. Wielkie brawa i okrzyki zachwytu zdobył chór przygotowany przez Jose Luis Basso, który wprowadził nastrój niezwykłego przejęcia, gdy Maria Stuarda szykowała się na śmierć, ale rzecz jasna uwaga była skupiona na solistach. Więc na pierwszym miejscu właśnie ich trzeba omówić. Yolanda Auyanet występująca w roli tytułowej najpierw studiowała w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, a potem przeniosła się do Barcelony, gdzie jej profesorem był znany, niedawno zmarły polski baryton Jerzy Artysz. 


On również był jej stałym doradcą w dalszej karierze. Yolanda śpiewała pięknym, ciepłym głosem, tworzyła też aktorsko postać kobiety niemal świętej i udręczonej, ale nie robiła wrażenia młódki łatwo wpadającej w męskie sidła.

 

Maria Stuarda,Madryt 2

 

Nie starała się też wyraźnie podkreślać belcantowej błyskotliwości partii wokalnej, jak swego czasu robiła to rewelacyjnie w Teatrze Wielkim w Łodzi tamtejsza gwiazda wokalistyki koloraturowej Joanna Woś. Pominęła wszystkie „wysokie c”, które występują w przygotowanych przez Donizettiego ariach i może dobrze zrobiła, gdyby taki wyskok miał się okazać niespecjalnie imponujący. Jej konkurentka, drażliwa i kłótliwa Elżbieta w wykonaniu Silvii Tro Santafe, rówieśniczka Yolandy (55 lat) śpiewała mezzosopranem, ale zdobyła się raz na górną fermatę, choć może korzystniej by było, gdyby nie musiała się tym popisywać. Lepiej wypadały jej delikatne zbliżenia ust z Hrabią Leicester (Airam Hernandez), który swą trudną tenorową partię śpiewał dobrze. 


Dało się tutaj niekiedy wysłyszeć oznaki „emisji na siłę", ale długo by trzeba szukać kogoś, kto te długie frazy zaśpiewa lekko. Teraz jest miejsce dla polskich artystów. Baryton Krzysztofa Bączyka brzmiał znakomicie, a rola Talbota wymagała także talentu scenicznego.

 

Maria Stuarda,Madryt 3

 

Artysta ten górował też nad wszystkimi wykonawcami swoim wzrostem. To był „dobry duch” w tej historii. „Złym duchem” był natomiast Szymon Mechliński, znakomicie ucharakteryzowany na starego zgreda, perfekcyjnie przygotował rys tej postaci. Głos ma mocny, ale zbyt często go nadużywa. W swej arii podsumował występ długą wysoką fermatą, zapewne dla większego efektu nieco przeciąganą. Zwrócił więc na siebie uwagę publiczności. Szkoda tylko, że w hiszpańskich teatrach nie ma zwyczaju wręczania kwiatów na scenie. Dwa piękne bukiety przygotowane prze Marzennę Jezierzańską dla Bączyka i Mechlińskiego powędrowały więc do garderób artystów, ale nikt postronny się o tym hołdzie nie dowiedział. Warto dodać, że tę samą rolę Lorda Cecila w innych przedstawieniach wykonywał w Madrycie inny polski śpiewak – Andrzej Filończyk. 


Aby wypełnić stawkę wokalistów w danej obsadzie  wspomnimy o roli drugoplanowej, powiernicy Marii Stuardy, którą pięknie zaśpiewała Mercedes Gancedo. W sumie wrażenia z sylwestrowo-noworocznej wyprawy do Madrytu zostały w pamięci, jako coś ekstraordynaryjnego. Wspaniała kolekcja dzieł sztuki w Muzeum Prado została wzmocniona odwiedzeniem siedziby królów hiszpańskich czyli Escurialu, który mieści się w monumentalnym obiekcie pałacowo-klasztorno-bibliotecznym 45 kilometrów na północny zachód od Madrytu.

 

Maria Stuarda,Madryt 4

 

Kompleks zbudowano z szarego granitu w powściągliwym i surowym stylu późnego Renesansu. Tutaj największe wrażenie wywołują groby królewskich dzieci zgrupowane w Panteonie w kształcie wielkiego tortu. Bezcenne są też przekazywane przez przewodników opowieści o hiszpańskich dynastiach Burbonów i Habsburgów, których monarchowie królują w tym pięknym kraju po dziś dzień. Żyje król – emeryt Juan Carlos i jego syn Filip VI. I to oni w bardzo podzielonym społeczeństwie są w pewnym stopniu gwarantami równowagi. Czy i dla nas wynika z tego jakaś nauka?

                                                                        Joanna Tumiłowicz