Trzy balety o szeroko pojętej tematyce górskiej, układy trzech różnych choreografów oraz, co rzadko zdarza się poza jubileuszami, pod trzema różnymi batutami. Zarazem przedwczorajszy wieczór w Operze Krakowskiej i wczorajszy w Teatrze Wielkim w Łodzi wzajemnie się splatały. W Krakowie miała miejsce prapremiera opery Bona Sforza Zygmunta Krauzego. W Łodzi też prapremiera, tyle że baletu Odyseja góralska Adama Wesołowskiego.
Rzecz rozgrywa się na tle mobilnych praktykabli w formie nawarstwionych na siebie złomów skalnych, choć ich gipsatura rzuca się w oczy, oraz abstrakcyjnych projekcji na prospekcie. Uczestniczący w wykonaniu chórzyści przyobleczeni zostali w białe szaty i wykonywali drobne zadania sceniczne, a leżący na posadzce tancerze w całkowitej ciszy z wolna ożywali.

Dopiero po pewnym czasie zdominowana przez perkusję orkiestra wchodzi fortissimo, co stanowi zaskoczenie, w pierwszej chwili wywołując wzdrygnięcie. Muzyka Adama Wesołowskiego, który osobiście stanął za pulpitem dyrygenckim, do pewnego stopnia stanowi melanż różnych dwudziestowiecznych technik kompozytorskich. W pełni sprawdza się jako użytkowa, mająca przede wszystkim dostarczyć podkładu dźwiękowego dla tancerzy, a więc jej eklektyzm zdaje się w pełni usprawiedliwiony, choć powstała jako utwór absolutny o treściach programowych. Na początku mamy do czynienia z rytmicznie orgiastycznym żywiołem niczym ze Święta wiosny Igora Strawińskiego, który później ustępuje miejsca bardziej lirycznym momentom towarzyszącym pas de trois, w których wymiennie uczestniczy pięcioro solistów. Kiedy indziej jeszcze posiada repetytywny charakter. W przebiegu muzycznym ważną rolę odgrywa chór, którego partia oparta jest na wokalizach, w tym nawiązujących jakby do Wagnerowskiego motywu Cwałowania walkirii.
Choreografia Moniki Myśliwiec odwołuje się do podstawowych figur tańca klasycznego i skupia się wokół najprostszych, pierwotnych instynktów i namiętności jak pożądanie czy rywalizacja, a rządzących zachowaniami i relacjami. Przedwczoraj wspomnianą Boną Sforzą dyrygował Piotr Sułkowski, a wczoraj po przerwie na podium stanęła i poprowadziła Kościelec 1909 Wojciecha Kilara jego córka Anna Sułkowska-Migoń.
Bardzo oszczędnie dozowała napięcie, stonowała ponadto zbyt ilustracyjne ustępy, o które miano do kompozytora pretensje, że zbyt dosłownie przenosi rozwiązania z filmu. W tytule spektaklu Horacjańskie N.O.M czyli Non omnis moriar (Nie wszystek umrę) poprzedza określenie dzieła muzycznego, choć z jego przebiegu trudno wywnioskować, by odnosiło się do Mieczysława Karłowicza, skoro nie ma jednostkowego bohatera.

Tym razem Jacek Przybyłowicz odwołał się do stylistyki dance moderne, a więc poruszania się boso niczym Isadora Duncan, co w swoim czasie bardziej gorszyło od przeźroczystej, tiulowej zasłony narzucanej na ciało, oraz stąpania w całych stopach. Tancerze, przyodziani wyłacznie w czarne ineksprymable (w przypadku mężczyzn bardziej na miejscu byłyby biodrowe przepaski, przypominali raczej mimów. Na tle minimalistycznej scenografii wybranej przez samego choreografa (czarne kotary i tylko chwilami odsłaniający się abstrakcyjny horyzont) tworzyli głównie malownicze ugrupowania, tak że punkt ciężkości spoczywał nie tyle na solistach, ile zespole i przesunięty został z figur na rzecz ruchu jako takiego. Wieczór zwieńczyli Harnasie Karola Szymanowskiego. Wcześniej widziałem ich w dzieciństwie pod dyrekcją Kazimierza Korda i w choreografii Eugeniusza Paplińskiego oraz jakiś czas temu w wykonaniu zespołu Cracovia Danza w układzie Leszka Rembowskiego do nagrania wspomnianego kapelmistrza.
Tym razem kierownictwo nad zespołami muzycznymi przejął Rafał Janiak, dyrektor artystyczny łódzkiego Teatru Wielkiego. Poprowadził je z niezwykłym nerwem i rozmachem, na co pozwolił mu znaczny chór, w czarnych kostiumach i stojący po bokach sceny, a zatem nie należący do akcji wyłącznie tańcem unaocznianej. W solowej partii tenorowej wystąpił Dominik Sutowicz, z ciupagą i w stroju najbardziej nawiązującym do góralskiego, a mimo to proponujący nade wszystko jej dramatyczne ujęcie, odpowiadające bohaterskiemu tembrowi jego głosu. Na powrót dominowała klasyczna choreografia autorstwa Karola Urbańskiego.
Już na samym wstępie jako zafascynowany góralszczyzną pojawia się sam Szymanowski w osobie tancerza, niestety niewymienionego w obsadzie, a z niezwykłą maestrią kreślący zawrotne piruety. Rzecz zamyka się głównie pomiędzy Oblubieńcami i hersztem Harnasiów, który postanawia ich rozdzielić.

Postaci użyczyli im Riho Okuno i Joshua Legge, tworzący dobraną parę tancerzy, oraz Dominik Senator. Odpowiedzialne zadania przypadły również koryfejom, głównie z bandy Harnasia, popisowo wykonujący między innymi entrechats, świadczące o technicznych umiejętnościach. Scenerii dostarczała tatrzańska panorama z Mnichem, podświetlana w różnych tonacjach kolorystycznych. Ponadto przez pewien czas na bliższym planie pojawiły się linie ułożone w schematyczne zarysy gór. Tak jak ten motyw scenograficzny, równie stylizowane są kostiumy, zaprojektowane nie tyle pod względem wierności pierwowzorom, ile harmonii kolorystycznej. N.O.M. – Kościelec 1909 i Harnasie miały swą premierę 30 września 2023
Lesław Czapliński