Przegląd nowości

Duet zięcia z Teściową czyli Roberto Alagna w Poznaniu

Opublikowano: poniedziałek, 04, listopad 2024 07:06

Od kilkudziesięciu lat przeżywam w Auli UAM w Poznaniu niezwykłe wydarzenia wokalne, kreowane przez wybitnych śpiewaków w różnorodnym repertuarze i zaskakującym wykonaniu. Tym razem jednak byliśmy świadkami czegoś, co jest bez precedensu w naszym życiu koncertowym.

 

Poznaniacy stawili się tłumnie na recital Aleksandry Kurzak i Roberto Alagni opatrzony tytułem Puccini in love. Ale mnie tym razem bardziej od naszej gwiazdy interesował ten światowej reputacji tenor od lat wzbudzający wiele emocji swym pięknym głosem, odważnym repertuarem, a w życiu pozascenicznym ostatnich lat małżeństwem z naszym „dobrem narodowym”, jakim jest Aleksandra Kurzak, jej głos, talent i światowa kariera.

 

Ten włoskiego pochodzenia francuski śpiewak, spolonizowany został dzięki małżeństwu we wrocławskiej rodzinie operowej. Jego teściowie to Ryszard Kurzak – wybitny waltornista i Jolanta Żmurko – wszechstronnie dysponowana diva operowa. Ponadto oboje są niezwykle cenionymi pedagogami. Przyjechali na poznański koncert, rozpoznawalni i podziwiani przez publiczność.

 

Zięć tego wieczoru śpiewał wręcz fantastycznie. Obok perfekcyjnie wykonanych duetów, błysnął nieskazitelną formą w arii Cavaradossiego z Toski, „Addio fiorito” z Madama Butterfly, „Donna non vidi mai” z Manon Lescaut i słynnej arii Rudolfa z Cyganerii. Zachwycona publiczność nie pozwalała obojgu gwiazdom zejść z estrady, więc Aleksandra Kurzak zachwycająco zaśpiewała jeszcze O mio babbino caro z Gianni Schicchi, a kiedy i tego było mało, oboje zaczęli gestykulować w kierunku rodziców na widowni. Po chwili Roberto wśród nieustającej owacji  zszedł z estrady i wręcz wciągnął na nią zaskoczoną i opierającą się Jolantę Żmurko.

 

Tak doszło do kolejnego bisu. Był nim słynny duet z Wesołej wdówki Franciszka Lehára, nazywanego zresztą Puccinim operetki. Ale partię sopranową wykonała z zięciem nie Małżonka, a Teściowa, wciskając wszystkich w fotele swym ciągle nośnym, urodziwym, dźwięcznym i pełnobrzmiącym głosem, który pamiętam z czasów wrocławskich, a było to co najmniej kilkadziesiąt lat temu. Zaręczam przy tym, że nie było tu mowy o jakiejkolwiek „ustawce”. Siedząc w tym samym rzędzie przegadałem z Państwem Kurzakami całą przerwę wspominając stare, dobre czasy wrocławskie. Jolanta Żmurko nie miała więc szansy na rozśpiewanie się przed tym niespodziewanym i jakże improwizowanym występem.


Przy okazji zdarzenie to potwierdziło, że droga artystyczna Aleksandry Kurzak prowadzi śladami Matki. Obydwie zaczynały od lekkiego repertuaru koloraturowego i w drodze umiejętnego kształtowania głosu, powiększania jego wolumenu i doskonalenia emisji, doszły do śpiewania partii dramatycznych, takich jak Tosca, Abigaille i Turandot (Matka) i Tosca, Rachela, Butterfly, a w najbliższych planach podobno Fedora, Trubadur i Aida (Córka). O wręcz niewiarygodnych predylekcjach repertuarowych Aleksandry Kurzak zdecydowały co najmniej trzy okoliczności: Niesamowite geny odziedziczone po Rodzicielce, przekazanie córce swego doświadczenia wokalnego, jako że była jej jedynym pedagogiem, a przede wszystkim talent, wrodzone łatwości, pracowitość i upór córki w konsekwentnym wznoszeniu się po szczeblach operowej kariery.

 

Przy fortepianie zasiadał mieszkający w Wiedniu młody pianista polskiego pochodzenia Marek Ruszczyński. Mistrzowsko akompaniując, zaprezentował ponadto kilka fragmentów z oper Pucciniego we własnej aranżacji. Były znakomite!

 

Nie będę relacjonował maestrii obojga solistów w interpretowaniu pucciniowskich duetów zwłaszcza, że kilka dni wcześniej zachwycałem się śpiewem Aleksandry Kurzak na scenie Metropolitan, gdzie będzie często wracać, bo plany poczyniono na kilka przyszłych sezonów. Ciesząc się z możliwości słuchania i oglądania Roberto Alagni na scenach i estradach Polski podkreślam, że – poza sukcesami artystycznymi – jest to dodatkowy tryumf naszej Gwiazdy, która – bez pośrednictwa impresariów – dokonała go w drodze… matrymonialnej.

 

Ten wspaniały koncert zorganizowała Wrocławska Agencja Artystyczna Pro Musica, której szefowa Ewa Tracz zasługuje na medale, wydawnictwa opisujące jej wspaniałą działalność, a przede wszystkim naszą stokrotną wdzięczność. W dziejach mojej ukochanej Auli UAM było tylko kilka tak niezwykłych wieczorów. W początku lat dwudziestych recital Janiny Korolewicz-Waydowej i pianistki Heleny Ottawowej, które początkujący dopiero w Poznaniu melomani wzięli za atletki i – jak pisała ówczesna prasa – „swego rozczarowania przeboleć nie mogli”. 

 

Następnie tuż przedwojenne występy Jana Kiepury, z których dochody przeznaczył na obronę przeciwlotniczą. Natomiast w latach pięćdziesiątych recital Wandy Wermińskiej po powrocie z Brazylii. Wedetta w przerwie nie zeszła do garderoby, pozostała na estradzie popijając z termosa herbatę stojącą na fortepianie i gawędziła z publicznością mówiąc: – „Tu z wami, jak w niebie. Tam – pokazując wejście dla artystów – zazdrość i piekło!”

No i teraz ten duet zięcia z teściową w atmosferze powszechnego uwielbienia…

                                                                             Sławomir Pietras