Don Carlos – jedna z najpiękniejszych a zarazem najbardziej kontrowersyjnych oper Verdiego – rozpoczęła nowy sezon Opery w Kopenhadze. Jest to dzieło pełne mistrzowskich arii, duetów i scen zbiorowych, scenicznie nie tworzące jednak spójnej całości. Po części winę za tę niespójność ponosi sam Verdi. Pozostawił nam w spadku kilka wersji opery, zachowanej w pięciu rękopisach.
Wersja pierwotna, zamówiona przez operę paryską, pochodzi z 1866 roku i spełnia wymagania stawiane przez ten teatr – pięć aktów, sceny baletowe, monumentalne sceny zbiorowe, efekty sceniczne z udziałem całej teatralnej maszynerii, śpiewana po francusku. Wersja ta nigdy nie była wystawiona, ze względu na czas trwania: widzowie nie zdążyliby na ostatni pociąg. Wersja skrócona, z roku 1867, miała premierę w Paryżu i odniosła ogromny sukces.

W 1884 Verdi przedstawił czteroaktową wersję włoską, a w 1886 następne dwie wersje: „Modena” (4 akty) i wersja 5 aktowa (1887). Verdi przerabiał więc operę wiele razy w przeciągu 20 lat, wykreślał sceny, przestawiał kolejność wydarzeń – wszystko to doprowadziło do tego, że operę ogląda się jak posklejane ze sobą samodzielnie sceny. Zadaniem reżysera i scenografów jest więc stworzenie wyraźnej spójności i „prowadzenie widza za rękę” w tym muzycznym labiryncie. W wersji kopenhaskiej (równocześnie zamówionej przez operę w Oslo i Helsinkach) o spójność zadbali Włosi: reżyser Davide Livermore i scenografowie: grupa projektantów występująca pod nazwa Giò Forma. Akcje przeniesiono z XVI wiecznej Hiszpanii (czasy rządów Filipa II) do Hiszpani ostatnich lat dyktatury Franco (rok 1984).
Nawiasem mówiąc Franco uważał się za nowoczesne wcielenie Filipa II, fakty są te same: przepych na dworze władcy, tortury i wyroki śmierci dla tych, którzy walczą o wolność. To nie kareta, lecz wielka limuzyna transportuje władcę, poza tym wszystko się zgadza. Jedność tworzą zmienne obrazy w tle sceny: zmieniające się szybkie ujęcia filmowe czarnych, zapowiadających katastrofę, chmur, obrazy w ramach przedstawiające współczesne wersje hiszpańskich arcydzieł: od portretów władcy, poprzez wybitne dzieła sztuki sakralnej, po obrazy należące do epoki współczesnej (między innymi wersja „Guernici” Picassa).

Scena zbiorowa – łącząca elementy kościelnego i dworskiego przepychu z więziennymi scenami tortur przeciwników politycznych, a na końcu i egzekucji, będącej rozrywką tłumu – rozegrana została brawurowo na dwupoziomowej scenie.

Największy jednak tryumf odnosi muzyka – słuchając brawurowych arii, głęboko przejmujących scen oddających odwieczne uczucia ludzkie: samotności, rozpaczy, miłości, wierności, zazdrości, zdrady – zapominamy o dziwacznie pogmatwanej akcji, zbyt natrętnych czasami obrazach w tle – i jedyne, czego chcemy, to to, żeby muzyka trwała wiecznie. Na koniec kilka słów o solistach, w większości sprowadzonych z zagranicy i w większości śpiewających bardzo dobrze: Stephan Milling w roli Filipa II, Matthew White w roli Don Carlosa, Gihoon Kim w roli Rodriga, Roberto Scandizzi w roli inkwizytora, Aytaj Shikhalizady w roli hrabiny Eboli. Wybitną kreację stworzyła jedyna kopenhaska solistka: Gisela Stille w roli królowej Elżbiety. W sumie opuszczaliśmy teatr w to kalendarzowo jesienne, a klimatycznie pod tropikalne, popołudnie, przepełnieni muzyką i wdzięczni za tak piękne przeżycie.
Eva Maria Jensen