W koncercie na rozpoczęcie sezonu Polskiej Orkiestry Sinfonia Iuventus za najważniejsze można uznać wrażenie jakie wywołała swoją interpretacją Kindertotenlieder Małgorzata Walewska, a także metamorfozę dyrygenta Bassema Akiki, który wzorem wielkich div operowych przebrał się do wykonania drugiej części wieczoru. Kapelmistrz ten również postarał się, aby zapamiętano go, jak wbiega na estradę przed utworem i wybiega po jego zakończeniu. Zacznijmy jednak od trudnych interpretacyjnie, dosyć ponurych w nastroju pięciu pieśni Gustava Mahlera „dla umierających dzieci”.
Sam kompozytor, który mocno przeżył śmierć własnej córki, ponoć powiedział, że nigdy by się nie podjął napisania pieśni – na trzy lata przed osobistą tragedią, gdyby wiedział, że taki los spotka jego samego. Co więc go skłoniło do podjęcia takiego tematu? Może wydarzenia z własnego dzieciństwa. Wybrane przez kompozytora teksty Friedricha Rückerta odwzorowują emocje odczuwane przez osobę, która utraciła dzieci. Nie jest to jednak bezpośredni opis sytuacji utraty, raczej pewnego rodzaju wizja z dystansu, a traumatyczne doznania zostają przefiltrowane przez długotrwałe cierpienie i odcięcie od świata. Można powiedzieć, że Małgorzata Walewska potraktowała ów cykl niemalże dosłownie, stworzyła integralną scenkę pantomimiczną, z bogatą gestykulacją i licznymi podkreśleniami dynamicznymi, zaś w pieśni ostatniej użyła nawet przygotowanego zawczasu rekwizytu, delikatnego czarnego tiulu, którą niby żałobny welon zarzuciła sobie na głowę. To zrobiło silne wrażenie na publiczności.
Pięć pieśni układa się w sposób budujący napięcie, na początku jest mowa o dosyć obojętnym stanie aury „Słońce zechce teraz jasno zaświecić”, a zaraz po niej „In diesem Wetter” („W tę pogodę”). Środkowa pieśń to jakby kulminacja emocjonalna ze słowami „Gdy twoja mamusia podchodzi do drzwi”. Chociaż utwór ma charakter kołysanki tutaj artystka zasugerowała nawet dramatyczne okrzyki, zaś w pieśni czwartej dochodzą do głosu uczucia rezygnacji i Małgorzata Walewska zakryła twarz dłońmi, by na początku pieśni finałowej odwrócić się tyłem do publiczności.
Nawet dla osób nie znających języka niemieckiego i poetyki cierpienia wynurzającej się z utworów, sens był jasny. Dobrze też akompaniowała solistce orkiestra, której na zmianę poszczególne sekcje subtelnie towarzyszyły artystce, która starała się nie wchodzić w dynamikę forte, zachować ten przyciemniony obraz mahlerowskiego dzieła. W części początkowej koncertu usłyszeliśmy ciekawe preludium „postwagnerowskie” Ludomira Różyckiego poświęcone obrazowi Mony Lisy Leonarda, zaś po przerwie orkiestra wykonała młodzieńczą II Symfonię Richarda Straussa, dzieła sprawnego instrumentacyjnie i kompozycyjnie, ale jeszcze nie zapowiadającego mistrzostwa późniejszych Poematów symfonicznych tego mistrza. Jako materiał do ćwiczeń orkiestry była to pozycja pożądana, pokazująca jak zwykle kłopoty waltorni i dobrą kondycję instrumentów dętych drewnianych oraz kotłów. Jednak utwór prawdopodobnie nie stał się iskrą pobudzającą południowy temperament dyrygenta do zdecydowanych wzlotów.
Joanna Tumiłowicz