Na to pytanie stara się odpowiedzieć adaptacja słynnego amerykańskiego hitu obsypanego Oscarami. Paweł Paszta nieźle wykorzystał nietypowy układ sceny w Och Teatrze, zaś autorzy adaptacji – Don Gordon i tłumacz Rubi Birden sprawili, że scenariusz sprzed ponad 40 lat zagrał jak historia z wczoraj. Akcja przebiega na przestrzeni kilku lat, więc upływ czasu wymagał dodatkowych mechanizmów, których dostarczył autor muzyki, współczesny kompozytor Tomasz Jakub Opałka.

Gdy historia się zaczyna mamy delikatne gongi, gdy młodzi się pobierają towarzyszy im głośny i szybki rock. Romansowaniu starszych bohaterów sekunduje elektroniczny szum i jakieś odległe echa. Jest też sekwencja współgrająca z opisem podróży amerykańskiego astronauty, jak też elektroniczna rejestracja z głosem ludzkim gdy akcja przybiera formę transcendentną.
Na tę muzykę zwykły widz najczęściej nie zwraca uwagi, bo nie musi. Jest ona integralną częścią spektaklu o dosyć złożonej fabule. Przemierzamy bowiem kilka rozmaitych światów, gdzie daje o sobie znać egoizm, samotność, pycha, interesowność, ale budzi się też przywiązanie, miłość, zarówno ta powierzchowna, erotyczna, jak i głębsza – duchowa. Jest kłamstwo, ale także sporo śmiechu, tak jak w oryginalnej hollywoodzkiej produkcji w reżyserii Jamesa L. Brooksa.
Tego młodsi widzowie zapewne nie znają, więc nawiązanie do tamtego filmowego dzieła, nietypowego wśród twórców z USA, jest swoistym odkryciem. W role dostosowane do warunków teatru repertuarowego wcielili się, tak jak i w oryginale, aktorzy starsi i młodsi.
Prym wiodą ci, których twarze znane są z dziesiątków produkcji ekranowych, Aleksandry Popławskiej i Krzysztofa Dracza, ale nie mniej ważne są ścierające się ze starszym pokoleniem osoby młode, tak w życiu, jak w teatrze – Karol Lelek i grająca jego połowicę Eliza Rycembel. Bez ich udziału Czułe słówka nie miałyby sensu.

Na potrzeby prasy aktorki grające matkę i córkę, z początku energicznie nacierające na siebie i wyszukujące własne słabe punkty, a później, już w zasadzie za późno, kosztujące prawdziwej miłości matczyno-dziecięcej, uczestniczyły w specjalnej sesji fotograficznej. Wtedy wyglądały tak, jak sobie wyobrażamy ideał najsilniejszego uczucia związku rodzinnego, choć przecież wiemy, iż w realnym życiu różnie bywa. Reżyser zapowiadał, że będzie to historia opowiedziana wzruszająco, ale nie ckliwie; momentami refleksyjna, momentami komiczna. Jednak gdy się bliżej przyjrzeć, to na twarzy Aleksandry Popławskiej pojawiają się łzy, prawdziwe, choć spowodowane grą aktorską. Jeśli teatr potrafi nawiązać do trudnych spraw z urzekającą szczerością, to jest zawsze zwycięski.
Joanna Tumiłowicz