Przegląd nowości

Kto się boi Alicji Węgorzewskiej …

Opublikowano: poniedziałek, 09, wrzesień 2024 06:45

Znanym powszechnie tytułem sztuki Edwarda Albeego staram się odpowiedzieć na pytanie, towarzyszące awanturze wokół dyrektorki Warszawskiej Opery Kameralnej. Alicja Węgorzewska jest nią od bodaj sześciu sezonów i kwestionować ten fakt należało na jego początku, a nie obecnie. Kiedy dokonania tej „najpopularniejszej w Polsce primadonny i celebrytki” oraz „najbardziej znanego polskiego mezzosopranu” nazywanej przez marszałka Struzika „naszym klejnotem”, zgromadziły wystarczającą ilość argumentów, aby można próbować jej bronić, czego zresztą nie zamierzam.

 

Samo przedsięwzięcie, aby kontynuować tradycję i dorobek warszawskiej Opery Kameralnej – dzieła Stefana Sutkowskiego – przez osobę delikatnie mówiąc nie mającą do tego żadnych kwalifikacji już było błędem, bezmyślnością i brakiem jakiejkolwiek odpowiedzialności.

 

Jakaż to z niej „najpopularniejsza primadonna” skoro nigdy nie była związana na stałe z jakimkolwiek teatrem, nie przeżywała jego codzienności, bo w nim nie pracowała, a tylko występowała gościnnie… i to tylko od czasu, do czasu.

 

„Najbardziej znany polski mezzosopran”! Mój Boże... A gdzież to choćby Małgorzata Walewska, Ewa Podleś, Agnieszka Rehlis, Anna Lubańska, czy ze starszej generacji takie kolosy tego gatunku, jak Stefania Toczyska, Aleksandra Imalska czy Krystyna Szostek-Radkowa.

 

Marszałek Struzik mógł ją nazywać „naszym klejnotem”, zwłaszcza z wdzięczności za udział w OKU w kampanii wyborczej na Mazowszu, gdzie Węgorzewska jako solistka i konferansjerka wykonała ponad 40 koncertów w Ciechanowie, Płocku, Sierpcu, Garwolinie, Wyszkowie, Nasielsku, Przysusze i wielu innych. Poziom wokalny, a zwłaszcza uroda i elokwencja mogły się tam wszędzie podobać. Ale jej śpiewanie na „międzynarodowych scenach”, czy konferansjerka w programach telewizyjnych, to już doprawdy niebotyczne nieporozumienie.

 

Zarobki teatralnych dyrektorów są sprawą delikatną i drażliwą, więc ją taktownie przemilczę. Powiem tylko, że osoba kompetentnie referująca mi tę kwestię oświadczyła, że dochody dyrektorskie „naszego klejnotu” znacznie przewyższają kwoty, o które czepiałem się pisząc o klęsce Mariusza Kwietnia w Operze Wrocławskiej.


Z powodów o których nie pora się teraz rozwodzić, śpiewacy – nawet wybitni – to co najmniej niefortunne kandydatury na stanowiska dyrektorów operowych. W ostatnich latach potwierdzają ten pogląd nominacje w Białymstoku, Wrocławiu, Lublinie i aż kilkakrotnie w Łodzi. Myśląc o tym wracam do historii polskiego teatru operowego, w którym rolę przywódczą odegrali przede wszystkim dyrygenci, począwszy od Karola Kurpińskiego, Moniuszki, Młynarskiego, Bierdiajewa, Latoszewskiego, Wodiczki, Satanowskiego, Dondajewskiego, Figasa i Ewy Michnik.

 

W ostatnim okresie do dyrektorskich stołków zaczęli przymierzać się również reżyserzy. Klęski w tej dziedzinie ponieśli Ryszard Peryt, Robert Skolmowski, Michał Znaniecki, ale nie Marek Grzesiński, który po sukcesach kierowania Operą Bałtycką próbował interesować się Warszawską Operą Kameralną. A tak oto obecnie komentuje awanturę wokół Węgorzewskiej w wypowiedzi zatytułowanej „Bezkarność zła”: „W związku z serią artykułów o wybitnej kiedyś Warszawskiej Operze Kameralnej stworzonej przez nieodżałowanego Stefana Sutkowskiego, a popsutymi ostatnimi czasy przez Alicję Węgorzewską, muszę dodać do dyskusji na jej temat swoich kilka słów. Podziwiam, jak jej udało się wmówić … że jest jakąś światową „divą”. Ja zwolniłem ją z obsad w Bałtyckiej, bo fałszowała. Podziwiam jak udało jej się wmówić poprzedniej władzy, że jest pobożną artystką, która ma szansę ukształtować przyszłe elity w duchu marzeń Kaczyńskiego. Podziwiam, jak długo udało jej się przekonać organ założycielski WOK, że jest znakomitą Dyrektorką. Ma niewątpliwy talent przekonywania. Podziwiam jak bezkarnie czują się przekonani o swej doskonałości niektórzy ludzie zarządzający teatrami, obsadzeni przez niekompetentne władze”.

 

Nic dodać, nic ująć. Tylko, że ta dyskusja powinna toczyć się przed nominacją Węgorzewskiej, a nie teraz, kiedy protesty pracowników WOK-u, karetki pogotowia wzywane do nich, złe traktowanie ludzi, przypadki związane ze stresem i zaburzeniami psychicznymi, stały się codziennością.

 

Trudno przewidzieć, jak skończy się ta awantura. Oskarżeniom o kapryśność, gwałtowność, porywczość, prywatne imprezy, urodziny swojej mamy, dyrektorka przeciwstawia sukcesy artystyczne, występy w Wiedniu i nagrania płytowe. „Złożyłam program merytoryczny na cztery lata naprzód i dokładnie wiem jakie tytuły, w jakich ilościach i na jakich scenach będą wykonywane” – oświadcza broniąc się przed zarzutami o mobbing, chaos i niekompetencję.

 

Myśląc o niej dostrzegam talent w popełnianiu błędów, braki w rozumieniu istoty teatralnego działania, pasję w rozwiązywaniu konfliktów, tandetę zewnętrznych poczynań, a jednocześnie konsekwentne parcie do przodu, zwyżkujące pozycją kierowanej instytucji.

                                                                           Sławomir Pietras