We wrześniu 1939 roku spłonął w czasie bombardowania warszawski Teatr Wielki, a wraz z nim biblioteka z materiałami nutowymi wykonywanych w nim dzieł. Często nie do odtworzenia, zwłaszcza w przypadku utworów polskich twórców. Tak się prawdopodobnie stało z partyturą Filenis Romana Statkowskiego, mającej prapremierę na tej scenie w 1904 roku i wznowionej 21 lat póżniej.
Zachował się jedynie wyciąg fortepianowy, w oparciu o który instrumentacji dokonał Bogdan Pawłowski na potrzeby przedstawienia w łódzkim Teatrze Wielkim w 1973 roku, a obecnie w związku z publikacją Filenis przez PWM i jej wykonaniem na zakończenie XX Festiwalu Muzyki Polskiej 28 lipca w Krakowie podjął się tego zadania Krzysztof Słowiński (podobnie rzecz się miała wcześniej z Moniuszkowską Beatą, też dwukrotnie orkiestrowaną w oparciu o zachowany wyciąg fortepianowy).

Karol Szymanowski wspominał, że w 1925 był na przedstawieniu tej opery w towarzystwie samego kompozytora i "rozprawialiśmy gorąco nad tym i owym orkiestrowym brzmieniem". To już, niestety, nie będzie nam dane. O ile odtworzenie akompaniamentu posiadać może cechy neutralne, o tyle w ustępach czysto orkiestrowych, których nie brakuje, trudno do końca wyzbyć się indywidualnych rysów i całkowicie wniknąć w obcy styl. A więc mamy do czynienia z dziełem Romana Statkowskiego połowicznie. Trzeba przyznać, że szata instrumentalna, w jaką oprawił je Krzysztof Słowiński, prezentuje się tyleż okazale, co efektownie, skoro nie stroni od dźwiękowego malarstwa, kiedy przywołuje na przykład przechodzącą burzę.
Można się zarazem zastanawiać, czy tamten kompozytor mógł w taki sposób wykorzystywać kotły i wielki bęben i czy w ogóle wprowadziłby dzwony rurowe? Zdziwienie mogła natomiast wywołać prezentacja opery w niemieckiej wersji językowej. To prawda, że powstała ona do libretta w tej mowie, ale zostało ono przetłumaczone na angielski w związku z udziałem w konkursie, na którym Filenis otrzymała pierwszą nagrodę.
W końcu jednak pojawiła się na scenie po polsku i byłoby czymś naturalnym wykonywanie jej w rodzimej mowie, skoro jej dotychczasowa recepcja ograniczyła się wyłącznie do naszego kraju. Byłaby też bardziej zrozumiała dla publiczności, szczególnie że tym razem nie wyświetlano tłumaczenia tekstu. Tytułowa bohaterka nie ma nic wspólnego z głośną postacią, której przypisuje się autorstwo erotycznego traktatu oraz romans z Safoną, ale w czasach wiktoriańskiej pruderii było to nie do pomyślenia.
Z tą operową wiąże się tragiczna ironia, że, chcąc pomścić zabójstwo męża, niezamierzenie przyczynia się do śmierci ukochanego syna. Można w tym dostrzec wpływ dramaturgii modnego wówczas Hendrika Ibsena, skoro winy rodziców dotykają dzieci. Stąd rozbudowany prolog, będący faktycznie samodzielnym aktem, tyle że od dwóch pozostałych dzieli go piętnaście lat. Ponadto w akcji zaznacza się udział czynnika nadprzyrodzonego w osobach trzech parek: Kloto, Lachesis i Atropos, w omawianym wykonaniu pojawiających się w bocznej loży pierwszego piętra. Mimo jeszcze numerowej budowy, solowe partie pomyślane zostały jako monologi, w których głosy prowadzone są w ciągły, Wagnerowski sposób.
Izabela Matuła jako tytułowa Filenis wydobyła dramatyczny aspekt tej partii, wykorzystując do tego rozległy wolumen swego głosu z ekspresyjnie brzmiącym rejestrem piersiowym i nieco ostrym w górze skali. Idealną odtwórczynią Myrtis, ukochanej syna tamtej, była Ilona Krzywicka, krystalicznie czysto brzmiący sopran o wzorowej emisji. Trzecim protagonistą był baryton Krzysztof Szumański, zgodnie z operową konwencją udzielający głosu zdecydowanie złowrogiej postaci Menandra.

Jak zawsze ujmował swym dźwięcznym i nośnym tenorem Daniel Domarecki, występując w podwójnej roli Dromona i Kleofasa. Rozczarował natomiast wykonawca Hermiasa, syna Filenis. Dysponuje co prawda aparycją godną amanta, ale w wersji koncertowej liczą się przede wszystkim warunki wokalne.

Jego liryczny tenor nie był w stanie udźwignąć partii zakrojonej na miarę jugenlicher heldentenor w typologii niemieckiej, zarówno pod względem siły brzmienia, niknąc pośród masywnej orkiestracji, jak i intonacji wysokich tonów. Krzysztof Słowiński w sposób jednocześnie zdyscyplinowany, a zarazem ze znacznym rozmachem poprowadził orkiestrę i chór Filharmonii Krakowskiej w tej do pewnego stopnia własnej partyturze, rozwijając przed słuchaczami jej pełną paletę kolorystyczną, nie zaniedbując przy tym ustępów o bardziej lirycznym zacięciu, z nastrojowymi solami: wiolonczelowym i skrzypcowym, zagranym przez Macieja Lulka z Sinfonietty Cracovii. Tak że od pewnego momentu przestała zaprzątać moją uwagę kwestia atrybucji, na ile jest to zasługą samego Statkowskiego, a na ile autorskim wkładem Słowińskiego?
Lesław Czapliński