Mimo że Sopot leży na przeciwległym krańcu Polski, a jego wzniesienia są imponujące jedynie w skali nadmorskiej, to inauguracja XIV Sopot Classic wspięła się prawie dosłownie na niebosiężne szczyty Tatr. A to za sprawą inspirowanej przez nie muzyki kompozytorów, którzy, mimo że przybyli pod nie z odległych stron, zaprzedali im dusze i ciała, jeden w pełnym tego słowa znaczeniu, skoro zginął zasypany lawiną pod Małym Kościelcem. A więc „Białorusin“ Mieczysław Karłowicz, „Ukrainiec“ Karol Szymanowski i lwowianin „Semper fidelis“ Wojciech Kilar. Odwieczne pieśni op. 10 pierwszego to mistyczne wzloty modernistycznego ducha, przesiąkniętego wszakże pesymizmem schyłkowej epoki przełomu stuleci.

Stąd przenikający całość elegijny nastrój. Pod względem harmonicznym i swobodnego kształtowania przetworzeniowej formy styl Karłowicza, przy całej swojej odrębności, wykazuje pewne paralele z symfoniką Aleksandra Skriabina. Ciekawe jak potoczyłyby się losy obydwu, gdyby nie ich przedwczesne śmierci?

Orkiestra Polskiej Filharmonii Kameralnej w Sopocie, organizatorki festiwalu, pod batutą Pawła Przytockiego w pełni oddała to nieustanne falowanie muzycznego przebiegu, zwłaszcza w drugim ogniwie – Pieśni o miłości i śmierci – nawiązującym do idei genetycznego związku Erosa i Thanatosa, a mówiąc pojęciami ówczesnego proroka Siegmunda Freuda biologicznych żywiołów libida i destruda – z kulminacjami napięcia i jego rozładowaniami, również pod względem dynamicznym, przy jednoczesnym cieszeniu ucha barwnością Karłowiczowskiej instrumentacji.
Z kolei w zamykającej cykl Pieśni o wszechbycie doszła do głosu potęga i pewność brzmienia, zwłaszcza chorałowego w odniesieniu do sekcji instrumentów dętych blaszanych (w tym rogów i puzonów), wyrażająca czysto muzycznymi środkami programowe przesłanie o majestatycznym trwaniu wszechświata wobec przemijalności ludzkiej egzystencji.

W życiu prywatnym kompozytora przejawem tego były góry, które uwieczniał na wykonywanych przez siebie zdjęciach, wyświetlanych jako wizualne uzupełnienie rozbrzmiewającej muzyki. Po zaprezentowaniu Pieśni Siuhajów i Tańca góralskiego z Harnasiów op. 55 Karola Szymanowskiego, ukazujących kulturę muzyczną tworzoną w cieniu Tatr przez ich mieszkańców oraz inspirujących się nią profesjonalnych twórców, przyszła kolei na apoteozę góralszczyzny, aczkolwiek bardzo swobodnie rozumianą, a mianowicie Krzesany Wojciecha Kilara.

Był to powrót w drugiej połowie XX wieku do formy poematu symfonicznego, tyle że wypełnionego substancją brzmieniową wypracowaną w ramach technik sonorystycznych skonfrontowanych z samorodną twórczością miejscowych muzyków, tym razem dosłownie, za sprawą włączającego się pod koniec do gry zespołu Trebuniów Tutków. W ujęciu Pawła Przytockiego i sopockich filharmoników ten fajerwerk orkiestrowych możliwości okazał się jeszcze bardziej efektowny niż i tak zazwyczaj bywa.
Dzięki temu, ta część publiczności wypełniającej Operę Leśną, która dotąd nie miała do czynienia z tym rodzajem muzyki, przekonała się, że nie jest ona zarezerwowana wyłącznie dla wąskiej grupy wtajemniczonych i nie należy odczuwać przed nią lęku, lecz cieszyć się jej ekspresją. Nigel Kennedy, angielski skrzypek starający się przekraczać podziały pomiędzy różnymi odmianami muzycznej twórczości, dołączył do dawnych wirtuozów, kiedy było w obyczaju, by w swoim repertuarze posiadali własne kompozycje, w tym koncerty z orkiestrą.

Ci dwudziestowieczni poprzestali bowiem na odtwórstwie dzieł obcych autorów, co najwyżej ostatnimi czasy coraz częściej wykonując własnego autorstwa kadencje. Jego I Koncert skrzypcowy „Für Ludwig Van“ to przykład kompozycji repetytywnej, a więc opartej na powtarzalności formuł melodyczno-rytmicznych, uzupełnionych o odniesienia do muzyki folkowej i popularnej.

Swoją rację bytu zawdzięcza wszakże nie tyle Kennedyemu jako kompozytorowi, ile wirtuozowi o wyrazistej osobowości. Koncert poprzedziła uroczystość nadania honorowego obywatelstwa Sopotu, jedynego miasta o tak niezwykłych „przedmieściach“ jak Gdańsk i Gdynia, Wojciechowi Rajskiemu, założycielowi i do niedawna artystycznemu dyrektorowi Polskiej Filharmonii Kameralnej oraz pomysłodawcy Sopot Classic Festival.
Lesław Czapliński