Przegląd nowości

Nie rzucim ziemi skąd nasz ród

Opublikowano: poniedziałek, 17, czerwiec 2024 06:50

Ponieważ od ponad pół wieku mieszkam w grodzie nad Wartą, większość przyjaciół, współpracowników, czytelników i znajomych uważa mnie za Poznaniaka. Nic bardziej błędnego. Urodziłem się w Czeladzi, czego bardzo żałuję po tym, jak potraktowano mnie w związku z Festiwalem Ave Maryja, który wymyśliłem, założyłem i prowadziłem przez kilkanaście lat z sentymentem do stron rodzinnych, aby nagle zostać usuniętym i wykluczonym bez podania przyczyny.

 

Ale moim miastem młodości stał się pobliski Będzin, gdzie się wychowałem, wyedukowałem, posiadałem liczną rodzinę i mieszkałem do czasu studiów w Krakowie i Poznaniu. Od tego czasu tęskniąc za rodzinnymi stronami ubolewałem, że o Będzinie zwykle niewiele słychać, a jeśli już, to o wampirze, jakichś mordercach lub, jak mawiał wybitny i złośliwy reżyser Kazimierz Kutz (z Szopienic): – Tam u was nigdy się nic nie wydarzyło, tylko sami Żydzi i komuniści!

 

Przez całe dziesięciolecia trochę mnie to bolało. Starałem się i staram wyszukiwać postacie, z których moje miasto nad Przemszą powinno być dumne. Tutaj urodził się Aleksander Zawadzki (na Ksawerze), Edward Gierek (w Zagórzu), rodzice kardynała Lustigera (na ul. Kołłątaja), Stanisław Wygodzki (żydowski pisarz, którego odwiedzałem w Izraelu). Więc Kutz miał trochę racji. Będzin nie mógł poszczycić się wydaniem jakiejś szczególnej osobowości tak, jak miasta ościenne. Na przykład Sosnowiec (Jan Kiepura), Dąbrowa Górnicza (Janusz Gajos), Zawiercie (Jerzy Garda, światowej sławy baryton), Myszków (Mirosław Kuliś, twórca tygodnika „Angora”), Katowice (Bogumił Kobiela), Zabrze (Krystian Zimerman), Gliwice (Gerard Wilk), Bielsko (Maria Koterbska), czy Częstochowa (Kalina Jędrusik).

 

Wszyscy oni tam się urodzili, stamtąd wyszli i dzięki temu o miastach tych często wspominano z sympatią. Natomiast ja w Będzinie dotrwałem do matury, żyjąc wśród wielu wartościowych ludzi, doznając jakże cennych przeżyć i doświadczeń, w które uzbrojony zaatakowałem na krótko Kraków, a potem na resztę życia Poznań.

 

Nigdy jednak nie straciłem kontaktu z moim miastem nad Przemszą: Liceum Kopernika, Teatr Dormana, ulica Modrzejowska, cmentarze na Górze Zamkowej, gdzie leży ponad pięćdziesięciu moich przodków i kuzynostwa, wreszcie do dziś pielęgnowane znajomości, przyjaźnie i więzi rodzinne. Ostatnio na łamach „Angory” poparłem aż trzy młode kandydatury do Rady Miejskiej związane z Towarzystwem Przyjaciół Będzina, którego jestem członkiem honorowym.


Wszystkich wybrano na radnych (może niekoniecznie dzięki temu), ale – ku memu zdziwieniu – żaden nie podniósł telefonu, aby się pochwalić, lub powiedzieć po prostu „dziękuję”. A myślałem – o naiwności! – że to oni w przyszłości będą powodem do dumy, że urodzili się w Będzinie. Widocznie z upływem czasu w młodszej warstwie społeczeństwa nastąpiła zmiana priorytetów.

 

Natomiast to, co zdarzyło się w poniedziałek 3 czerwca w teleturnieju „Jeden z dziesięciu”, mistrzowsko prowadzonym przez Tadeusza Sznuka wyrwało mnie z apatii i niewiary, że moi będzińscy krajanie, na których postawiłem, przydadzą kiedyś blasku swemu, zasługującemu na to kilkusetletniemu, i coraz bardziej urodziwemu miastu.

 

Wśród jak zwykle dwunastki uczestników, którzy na początku każdej edycji tego interesującego konkursu przedstawiają się telewidzom, znalazła się pani Aleksandra Lech – jak sama oświadczyła – księgowa z Będzina. Natychmiast zacząłem jej kibicować trzymając kciuki, aby prawidłowo odpowiadała na wcale niełatwe  pytania. Szła jak burza, a w finale byłem już dumny, że patrzyłem i słuchałem osoby właśnie z Będzina. Szkoda – myślałem – że Kazimierz Kutz nie dożył przykładu, jak wszechstronną i bogatą wiedzę może posiadać zwykła księgowa z Zagłębia.

 

Po chwili okazało się, że to właśnie Ona zwyciężyła w całej edycji. Tadeusz Sznuk ogłaszając zwycięstwo zapomniał wprawdzie wymienić słowo „z Będzina” przy prezentacji zwyciężczyni, ale my – będziniacy – zdołaliśmy przywyknąć, że nazwę naszego miasta wymieniało się dotąd głównie wtedy, jak ktoś kogoś zgwałcił, coś ukradł, lub kogoś pobił.

 

Aleksandra Lech zdobyła aż 305 punktów. Przypomniała, że w starożytnym Będzinie (ponad 650 lat od nadania praw miejskich) żyją ludzie nie tylko ogarnięci kultem władzy (choćby tylko municypalnej), ale dobrze wyedukowani zwykli anonimowi zjadacze chleba, zwycięsko odpowiadający na wszystkie pytania, w niełatwym telewizyjnym turnieju.

 

Dzięki Aleksandrze Lech powróciła mi duma i wiara w moją ziemię rodzinną. A ponieważ kocham ją z odległej Wielkopolski pozwólcie, że zanucę sobie poznańską pieśń Feliksa Nowowiejskiego – jak w tytule…

                                                                   Sławomir Pietras