Stojący na czele Opery w Nicei Bertrand Rossi, wykazujący się wyjątkową innowacyjnością i pomysłowością w zakresie układania programów kolejnych sezonów, nie szczędzi wysiłków mających na celu przyciągnięcie do teatru nowej publiczności i zainteresowanie sztuką lirycznych młodych widzów. O tym, że jego polityka artystyczna przynosi pozytywne skutki wymownie świadczy chociażby rosnąca liczba abonamentów czy stopniowo obniżająca się średnia wieku publiczności. W kontekście pogłębiającego się we francuskich placówkach operowych kryzysu, takie dające nadzieję na polepszenie sytuacji rezultaty zasługują na uwagą i szacunek. Doskonałym przykładem śmiałości podejmowanych przez Rossiego działań jest najnowsza realizacja nosząca tytuł Olympiade des olympiades (Olimpiada olimpiad), nietypowy i zrywający z konwencjami spektakl, przygotowany przez dyrygenta Jean-Christophe’a Spinosiego, jego odpowiedzialną za dramaturgię siostrę Nathalie Spinosi oraz reżysera Erica Oberdorffa.

Otóż postanowili oni wykorzystać formę pasticcio, odwołując się w ten sposób do rozpowszechnionej w okresie baroku praktyki, opartej o zupełnie inne niż obecnie rozumienie pojęcia oryginalności. Przypomnijmy bowiem, że chodzi tutaj o funkcjonującą z dużym powodzeniem w XVII i XVIII wieku odmianę opery, polegającą na łączeniu odcinków muzycznych z różnych oper w jednym dziele, często z dodaniem przez kompozytora własnych oryginalnych fragmentów, lub na pisaniu przez rozmaitych twórców dzieł w oparciu o to samo libretto. I właśnie do tych tradycji odwołuje się teraz spektakl w Nicei, którego autorzy obrali sobie za podstawę powstałe w 1733 roku libretto Olimpiady Pietro Metastasio, włoskiego pisarza, lepiej znanego jako ceniony librecista. To właśnie on jest między innymi autorem libretta do Łaskawości Tytusa, do którego jeszcze przed Mozartem muzykę napisał niejaki Antonio Caldara. Libretto Olympiady odniosło w swoim czasie tak niebywały sukces, iż na jego podstawie opery stworzyło około siedemdziesięciu kompozytorów. Wśród nich znaleźli się tak wybitni muzycy, jak wspomniany Caldara, Vivaldi, Pergolèse, Hasse, Jommelli, Traetta, Mysliveček, Cimarosa, Sarti czy Paisiello. Libretto Metastasiego oczarowało też młodego Donizettiego, który zdążył jeszcze naszkicować swoją operę, ale nigdy jej nie ukończył. Ponadto rzeczony tekst żywo zainteresował także kompozytorów poza granicami Włoch, czego dowodem są prapremiery Olimpiady Hassego w Dreźnie i Jomelliego w Stuttgardzie. Pracując nad prezentowanym w Nicei pasticcio Jean-Christophe Spinosi wybrał najpiękniejsze fragmenty z całej serii tych przestudiowanych przezeń oper (uprzywilejowując dzieło Vivaldiego) i stworzył z nich spójną pod względem muzycznym całość.
Również warstwa dramaturgiczna przedstawienia, zręcznie utkana przez Nathalie Spinosi, cechuje się utrzymujacym uwagę w napięciu rytmem narracji, chociaż widz może czasami napotykać pewne trudności w śledzeniu niektórych wątków i zachodzących pomiędzy poszczególnymi postaciami relacji. Cała opowieść przeniesiona jest do współczesnych realiów, wszakże poruszane w niej problemy mają ponadczasowy charakter. Miłosne rozczarowania bohaterów oraz ich codzienne troski, poczucie obowiązku, autorytet rodzicielski, miejsce kobiet w życiu społecznym oraz ich prawo do wolnego decydowania o sobie i swoim ciele, tudzież wartości, jakie niesie ze sobą praktyka sportu to sprawy, które również są bliskie dzisiejszemu widzowi.

A skoro już o sporcie mowa, to trzeba sprecyzować, że opisana w libretcie Metastasiego historia rozgrywa się - jak wskazuje już sam tytuł - podczas Igrzysk Olimpijskich w Grecji Antycznej. Trudno sobie zatem wyobrazić, żeby autorzy nowego przedstawienia w Nicei nie wykorzystali tej okazji, aby nawiązać do mających się niebawem rozpocząć w Paryżu Letnich Igrzysk Olimpijskich.

I tak oto wpadli na pomysł, aby kompletnie przekształcić widownię teatru i zaaranżować jej przestrzeń w taki sposób, żeby przypominała stadion sportowy (scenografia Fabien Teigné). W rezultacie zajmowane zazwyczaj przez widzów fotele zostały pokryte planszami, tworzącymi rodzaj sięgającej aż do kulis bieżni lekkoatletycznej, po której nieustannie przemieszczają się biorący udział w akcji śpiewacy i tancerze. Publiczność zasiada na rozmieszczonych przy owej improwizowanej bieżni krzesłach lub na wzniesionych na scenie trybunach, zaś interwencje chóru dobiegają z usytuowanych na paru poziomach lóż.
Oczywistą konsekwencją tak pomyślanej wizji jest ubranie wszystkich wykonawców w barwne i reprezentujące różne sportowe dyscypliny stroje (kostiumy Camille Pénage) oraz prowadzenie na scenie spektakularnych popisów gimnastycznych przywołujących zawody olimpijskie lub treningi szykujących się do nich uczestników. W dodatku do większości z tych ćwiczen wykorzystywane są rozmaite rekwizyty (bramki, drabinki, liny...), na które często wspinają się niektórzy soliści, wykonując nieraz - nawet podczas „treningowych seansów” - w trudnych pozycjach (na przykład wisząc głową do dołu) swoje arie.

Ponieważ znicz olimpijski, zapalony w kwietniu podczas uroczystej ceremonii w Grecji na Olimpie, przybywa na początku maja do Francji, dyrektor Bertrand Rossi pragnął, aby również i to wydarzenie znalazło pełne odzwierciedlenie w inscenizacji omawianego spektaklu. Dlatego na dominującym nad wzmiankowaną bieżnią wielkim ekranie możemy dzięki bezpośredniej transmisji obserwować niemalże przez cały czas trwania przedstawienia bieg sportowców z miejscowego klubu szermierki.
Przekazując sobie olimpijski znicz przemierzają oni ulice Nicei, nieustannie zmierzając w kierunku operowego gmachu. Ich pojawienie się na scenie w finale spektaklu stanowi efektowne zwieńczenie całego przedsięwzięcia. Warto przy okazji zaznaczyć, iż nie zapomniano także i o tym, iż na przełomie sierpnia i września odbędą się w Paryżu również Igrzyska Paraolimpijskie, o czym przypomina udział we wspomnianej sztafecie - a w końcu także obecność na scenie - osoby niepełnosprawnej na wózku inwalidzkim. Ważną rolę w całej realizacji odgrywają tancerze z Baletu Nice-Méditerranée, do których dołączyło sześciu tancerzy breakdance, zaliczonego oficjalnie w tym roku po raz pierwszy do olimpijskich dyscyplin.
Celnym zabiegiem jest wprowadzanie na scenę postaci „mistrzyni ceremonii”, w osobie aktorki Anaïs Gournay, sprawnie prowadzącej zastępującą recytatywy i ułatwiającą zrozumienie akcji konferansjerkę sportową. Ciekawym pomysłem okazuje się też być nietypowe rozmieszczenie intrumentalistów, dynamicznie i z entuzjazmem prowadzonych przez ubranego w stylu sportowego coacha Jean-Christophe’a Spinosiego.

Wygląda to w ten sposób, że z jednej strony „stadionu” zasiada grający na instrumentach dawnych Ensemble Mattheus, zaś z drugiej - bezbłędnie dopasowująca do niego swój styl gry Orkiestra Filharmoniczna Nicei. W konwencji zrywającego z operową rutyną przedstawienia doskonale się odnajdują stanowiący zgraną obsadę wykonawczą soliści.

W partii Clistene duże wrażenie wywiera mocny i dźwięczny bas Włocha Luigi Donato. Nie ustępuje mu dysponujący gęsto nasyconym barytonem młody Gilen Goicoechea, ucieleśniający Alcandro. Z dużą satysfakcją słucha się dwóch kontratenorów: Fernando Escalona (Licida) i Rémy Brès-Feuillet (Megacle). W miłosnej rozpaczy poruszająco zanurzają się Ana Maria Labin (Argene) oraz Margherita Maria Sala (Aristae), a wtóruje im hipnotyzująca wirtuozerią sopranistka Marlène Assayag (Aminta). Delikatne, choć wymuszone konfiguracją sali, nagłośnienie ich wokalnych popisów w niczym nie umniejsza talentu i umiejętności młodych artystów. Wszyscy uczestnicy tej nieszablonowej i początkowo zaskakującej wielu widzów realizacji zostali nagrodzeni niekończącymi się owacjami, świadczącymi o zapotrzebowaniu na projekty szukające sposobów na odnowienie i ożywienie życia operowego.
Leszek Bernat