Przegląd nowości

Gry z czasem i kosmosem w muzycznej przestrzeni

Opublikowano: wtorek, 12, grudzień 2023 22:29

Jak Cage'a 4'33" czy Pendereckiego 8'37", z czasem przemianowane na Tren pamięci ofiar Hiroszimy, Taniec sfer niebieskich Adama Wesołowskiego trwa 15'43", a więc tyle, ile wynosi roczna data śmierci Mikołaja Kopernika.

 

Filharmonia Krakowska 300

 

Utwór grany jest attacca, ale skrajne ustępy w tempie oznaczonym jako Allegro con furore odznaczają się dominacją czynnika motorycznego, przy czym zrazu mamy do czynienia ze zwiewną artykulacją i dynamiką z czasem przybierającymi na natężeniu. Po nim wysłuchaliśmy Śpiewów aniołów na dwa fortepiany (autor sam jest także pianistą) i orkiestrę. Każda z ich trzech części trwa 8’20’’ tyle¸ ile trwa droga światła słonecznego na Ziemię.

 

Filharmonia Krakowska 301

 

W obydwu utworach mamy zatem do czynienia z rodzajem numerologii. Kompozycje tego twórcy (ucznia Eugeniusza Bogusławskiego i Aleksandra Lasonia, dyrektora Filharmonii Śląskiej) to utwory ponowoczesne, a więc eklektyczne, w których dosłuchać się można różnych odniesień stylistycznych, przede wszystkim do minimalizmu (ja miałem skojarzenia z Johnem Adamsem, mniej ortodoksyjnym przedstawicielem tego kierunku, a zwłaszcza rytmami z Tańca Przewodniczącego Mao z opery Nixon w Chinach), przy czym w pierwszym dają też znać o sobie reminiscencje jakby orientalne, tak że niekiedy cienka granica oddziela je od bardziej rozrywkowych czy popularnych gatunków ilustracyjnych. 


W muzyce tego autora występuje pomysłowa artykulacja, na przykład za pomocą pociągnięć smyczkiem wibrafonu, co przypomina dźwięki szklanej harmoniki, szczególnie korespondujące z tytułowym obrotem sfer, a w kompozycji z udziałem fortepianów bezpośrednie wprawianie w ruch strun za pomocą dłoni (co ciekawe, wykonujący tę partię Krzysztof Książek równolegle gra również na instrumencie historycznym). 

 

Filharmonia Krakowska 302

 

Z kompozycyj Adama Wesołowskiego wywnioskować można, że kosmosem dla astronomów (Taniec sfer niebieskich), a niebem dla wierzących (Śpiewy aniołów) rządzi zasada repetytywności. Jej odmiana zaznacza się również w twórczości Henryka Mikołaja Góreckiego, ale wobec niej pierwsze z zaprezentowanych utworów są jakby Muzyczkami (od francuskich Musiquettes), którym to mianem obdarzył on swój cykl kameralny.

 

Filharmonia Krakowska 303

 

Nie przeczę, zręcznie napisane i zorkiestrowane, ale już Mahler twierdził, że w jego czasach byle czeladnik szewski zdobył biegłość instrumentacji niczym legendarne przekupki aleksandryjskie w teologicznych sporach wokół natur Chrystusa. Może się mylę i czas zweryfikuje moje opinie, a passus z tej recenzji będzie przytaczany jako przykład niezrozumienia przez współczesną krytykę bieżącej muzyki? Na bis pianistyczne małżeństwo Książków (żona Agnieszka Zahaczewska) brawurowo zagrało autorską transkrypcję na cztery ręce finałowego Tańca ofiarnego ze Święta wiosny Igora Strawińskiego, tak że należało tylko żałować, iż jego całość nie wypełniła pierwszej części piątkowego koncertu Filharmonii Krakowskiej. 


Partia fortepianu na cztery ręce pojawia się także w stanowczo niedocenianej, zwłaszcza w zestawieniu z następną, II Symfonii „Kopernikowskiej” op. 41 Góreckiego. Jej siła wyrazu wynika między innymi z zastosowania wypróbowanej zasady estetycznej, a mianowicie kontrastu, zarówno pomiędzy obiema częściami, jak i w obrębie ich samych.

 

Filharmonia Krakowska 304

 

Zgiełkliwy motyw zmasowanego tutti, z rytmem wybijanym przez zwielokrotnione kotły, przeciwstawiony zostaje spokojniejszym odcinkom o mniej agresywnym brzmieniu. Poprzez ustęp o częściowo aleatorycznym przebiegu dochodzi do repryzowej kulminacji z chórem. Druga część o zdecydowanie lirycznym rysie i zabarwieniu ogniskuje się wokół pierwszoplanowych partii wokalnych.

 

Filharmonia Krakowska 305

 

Solo barytonowe, stopniowo nabiera mocy, co Artur Janda przeprowadził z pełną wyrazistością. W kulminacyjnym momencie dołącza do niego kantylenowa wokaliza głosu sopranowego, w wykonaniu Małgorzaty Trojanowskiej pozostająca na początku na granicy słyszalności. Michał Klauza z powodzeniem wydobył wspomniane kontrasty, zwłaszcza sonorystyczne ustępy pierwszej części sprawiały „ogłuszające” wrażenie, ale taka jest natura tej muzyki. Bez tego efektu nie byłoby tak odczuwalne eufoniczne brzmienie i kontemplacyjna aura drugiej części, zapowiadającej pieśni żałosne z następnej symfonii, z kodą narastającą do tutti i stopniowo rzednącą i wygasającą. Miejmy nadzieję, że na kolejne wykonania tego dzieła nie trzeba będzie czekać do następnych rocznic kopernikańskich, bo zasługuje na częstszą obecność w filharmonicznych repertuarach.

                                                                    Lesław Czapliński