Kolejny raz przyjechałem do Katowic na Nabuchodonozora (Nabucco) Opery Śląskiej (pamiętać należy, że to właśnie ten teatr przywrócił to dzieło do polskiego repertuaru). Okazją stał się występ w tytułowej roli Andrzeja Dobbera, obchodzącego na tej scenie czterdziestolecie pracy artystycznej. Pamiętam go z Opery Wrocławskiej jako Rigoletta i Króla Rogera. Od tamtego czasu jego dramatyczny baryton, szczególnie predestynujący go do muzyki Verdiego, nic nie stracił na sile i blasku.

Doskonała emisja pozwala artyście w pełni nad nim panować, a zarazem za jego pomocą tworzyć wiarygodny wizerunek muzyczny odtwarzanego bohatera. Sugestywnie wyrażać jego zmieniającą się kondycję, a co za tym idzie i stany emocjonalne: od pychy i okrucieństwa niezwyciężonego króla, poprzez tragizm i słabość pozbawionego władzy i upokorzonego, po w dojrzały sposób pogodzonego z sobą i przyjmującego sądzony los, a zarazem ojca niepokojącego się o córkę. Partia Abigail to dla śpiewaczki wielkie wyzwanie.

Przeznaczona na dramatyczny sopran dysponujący zarazem techniką koloraturową, obejmująca rozległy ambitus, to wznosząca się do wysokiego rejestru, to gwałtownie opadająca do piersiowego. Monika Cichocka w znacznej mierze jej podołała, a dramatyczne portamenta odznaczały się znaczną siłą wyrazu. Często delikatnie intonowała wysokie dźwięki, stopniowo rozszerzając je do wyższego natężenia dynamicznego.
Na mnie największe wrażenie wywarła liryczna kawatyna Anch'io dischiuso un giorno, zaśpiewana bardzo muzykalnie dzięki wrażliwemu operowaniu subtelnym piano. Anna Borucka okazała się wzruszającą Feneną, której partia w pełni odpowiadała naturze jej mezzosopranowego głosu. Jako Ismael wystąpił Łukasz Załęski, posiadający mocny i dźwięczny głos tenorowy udatnie korespondujący z repertuarem włoskim.

Radziłbym jedynie skupić się na dopracowaniu wyrównanego brzmienia. W części złożonej z dwóch pierwszych aktów nie do końca satysfakcjonował mnie śpiew Aleksandra Teligi, w którym raziło nadmierne wibrato, którego wyzbył się wszakże w cabaletcie A posare sui crani, sull'ossa, następującej po numerze chóralnym ze słynnym i popularnym Va pensiero (tym razem nie bisowanym) oraz w całym finale. Jako Arcykapłan z najlepszej strony dał się poznać Adam Janik, którego świeży bas brzmi bardzo obiecująco.
Początkowo miałem zastrzeżenia względem chóru, brzmiącego nieco anemicznie, a jest to opera, w której odgrywa on kluczową rolę. W swoim koronnym i popisowym numerze okazał się już w pełni zadowalający. Od kilku miesięcy orkiestrę Opery Śląskiej prowadzi Tomasz Tokarczyk. I wystarczył ten okres pracy z zespołem, by poczynił on ogromne postępy i grał jak odmieniony.

Mam skalę porównawczą, bo byłem na Nabuchodonozorze w marcu i wtedy występ orkiestry pozostawiał wiele do życzenia. Podziw budzi niezawodna intonacyjnie blacha, ale i figuracje drzewa na tle smyczków dostarczają wiele satysfakcji. Dyrygent nadał orkiestrze prawdziwie symfoniczne brzmienie, przy czym wolne od hałaśliwości, o którą nietrudno w przypadku Verdiowskiej instrumentacji.

Dostarczał w ten sposób solidnego oparcia śpiewakom i chórowi, jednocześnie nie przykrywając ich głosów, a także czytelnie kształtował dramaturgię całości. Inscenizacja Laco Adamika wydaje się staroświecką, zwłaszcza za sprawą kostiumów, swym naiwnym historyzmem nieodparcie kojarzących mi się z Herodami, tradycyjnymi obrzędami bożonarodzeniowymi z okolic Krakowa lub misteriami pasyjnymi w Kalwarii Zebrzydowskiej. Tego rodzaju wrażenie dodatkowo potęguje zestawienie ich z nowoczesną, świetlną dekoracją (scen. Jan Bernaś), w scenie porażonego boskim gromem Nabuchodonozora bijącą po oczach i oślepiającą publiczność.
Lesław Czapliński