Tak może o sobie powiedzieć Jerzy Maksymiuk. Zarówno będąc na koncertowej estradzie, jak i po zejściu z niej podczas spotkania z publicznością. Panuje nad wszystkim, nie dając się tak łatwo okiełznać. W przeciwieństwie do Janne Sibeliusa, który zamilkł po sześćdziesiątce, a którego ostatnią, VII Symfonię C-dur op. 105 poprowadził na sobotnim koncercie Filharmonii Krakowskiej ten nestor polskich dyrygentów.

Ale i kompozytor, gdyż przed nią wysłuchaliśmy jego utworu Vers per archi. Jest to przejmujący, wewnętrznie skupiony, a zarazem bardzo emocjonalny tren poświęcony pamięci Hanny Czaki, młodej dziewczyny, torturowanej i zamordowanej przez hitlerowskich okupantów. Tym bardziej rozdzierający brzmieniowo ze względu na ograniczenie składu wyłącznie do smyczków i ich niekiedy szklistego tembru.
Jednoczęściowa jest również VII Symfonia, którą Sibelius rozstawał się z czynną twórczością. Decyduje to o swobodniejszym ukształtowaniu przebiegu zgodnie z pierwotnym określeniem gatunkowym jako fantazji. Z jednej strony tonacja narzuca apollińską równowagę z rozlewną melodyką i szeroko płynącymi frazami, z drugiej powraca elegijny nastrój znany z pierwszych symfonii i popularnych poematów oraz towarzysząca mu gęstość orkiestracji. Jerzy Maksymiuk płynnie, ze spokojem, ale i konsekwencją, zarysował jej narracyjne kontinuum z kulminacją i ostatecznym rozładowaniem napięcia.
Nie przypadkiem też na bis wybrał melancholijny Valse triste op. 44 tego twórcy we własnym opracowaniu z powodu przepisów regulujących wypożyczanie materiałów nutowych. Skutkiem tego druga część koncertu uzyskała spójny charakter. Trochę żałuję, iż sobotniego wieczora nie mieliśmy do czynienia z wyłącznym benefisem kapelmistrza i nie zdecydowano się na dopełnienie programu na przykład przez Siódmą innego i nieco późniejszego kompozytora, a mianowicie Siergieja Prokofiewa.
Łączy je nie tylko jednoczęściowość, ale i tonacja, sprawiająca, iż przynosiły one uspokojenie i odprężenie po burzliwych lub ponurych poprzedniczkach. Zwłaszcza że pod jego batutą orkiestra Filharmonii Krakowskiej grała jak odmieniona. Bez kiksów, z bezbłędną precyzją wejść, wyważonym dźwiękiem posiadającym solidne oparcie w instrumentach.

W ramach odbytego po koncercie spotkania Jerzy Maksymiuk odsłonił swoje trzecie oblicze, tym razem pianisty, ilustrując na fortepianie własne pomysły kompozytorskie oraz odtwórcze, konfrontując je zarazem z przykładami ujęć harmonicznych stosowanych przez Beethovena, Chopina, Debussyego czy Rachmaninowa. Przy tej okazji doszła do głosu jeszcze jedna umiejętność tego niepospolitego muzyka, a mianowicie barwnego opowiadania o swojej pracy. Mógłby je snuć bez końca, a słuchacze za nim podążać.
Lesław Czapliński