Przegląd nowości

Moja prywatna inauguracja sezonu Filharmonii Krakowskiej

Opublikowano: poniedziałek, 23, październik 2023 05:07

Tak się składa, że 14 października był to dla mnie pierwszym koncertem krakowskich zespołów filharmonicznych w obecnym ich sezonie. Koncert skrzypcowy D-dur op. 35 Ericha Korngolda, mimo daty powstania przypadającej na połowę lat 40. ubiegłego stulecia, to utwór zdecydowanie romantyczny, łączący liryzm z wirtuozerią. Skądinąd nie mogło być inaczej, skoro autor komponował go z myślą o Bronisławie Hubermanie i Yaschy Heifetzu (George Bernard Shaw kiedyś napisał w jednej ze swoich recenzji: „A zagraj Pan, Panie Heifetz choć jedną fałszywą nutę, abyśmy mogli uwierzyć, że jesteś Pan człowiekiem”).

 

Filharmonia Krakowska 276

 

Rozpoczyna się rozlewną kantyleną, której motyw powróci również w romancy, zapewniając tematyczną spójność, po której następują efektowne figuracje solowego instrumentu, przy czym podkreślić należy, iż na przestrzeni całej kompozycji jego partia pozostaje pierwszoplanowa, mimo barwnej instrumentacji (poprzedzające kodę pierwszej części glissanda orkiestrowych skrzypiec, wyszukana faktura w drugiej).

 

Filharmonia Krakowska 277

 

Z kolei finał posiada wybitnie folklorystyczne zacięcie, z ostrymi rytmami i wyrazistą artykulacją, mimo że nie wykorzystuje konkretnego materiału źródłowego, poza odniesieniami do własnych ilustracji filmowych. Solista Jarosław Nadrzycki w pełni wytrzymuje porównanie z wybitnymi odtwórcami tego dzieła. Grał nośnym, a jednocześnie szlachetnym dźwiękiem, zwłaszcza we wspomnianej części wolnej utrzymując brzmieniową równowagę, a prowadzący akompaniament Alaksandar Chumała zadbał o rozmarzony klimat, egzekwując od krakowskich filharmoników eteryczne piana oraz zwolnienie muzycznego toku. Przy zagranym na bis Courante z II Partity d-moll BWV 1004 Johanna Sebastiana Bacha dodatkowo wygaszono oświetlenie, by wzmocnić skupienie na samej grze. Hans von Bülow, nie bez pewnej złośliwości, nazwał Requiem Verdiego operą w liturgicznym kostiumie.


To samo można powiedzieć o cały wiek wcześniejszej Mszy c-moll KV 427 Wolfganga Amadeusa Mozarta, tradycyjnie nazywanej „wielką”, choć nie jest kompletnym opracowaniem kanonicznego tekstu (urywające się Credo, brak Agnus Dei). Wypełniła ona drugą część omawianego wieczoru. Jej konstrukcja oparta jest na przeplatających się numerach chóralnych i solowych (trzy arie, duet, tercet i kwartet). Te ostatnie, szczególnie ansamble (tercet Quoniam z Glorii  oraz kwartet Benedictus) zapowiadają pewne zwroty motywiczne z Don Giovanniego i Così fan tutte.

 

Filharmonia Krakowska 278

 

Pod batutą Alaksandara Chumały zwłaszcza chór odznaczał się dynamiczną plastycznością i rozpiętością, co nie dziwi, skoro artysta ten ukończył zarówno dyrygenturę orkiestrową jak i chóralną. Efektownie zabrzmiały i przejrzyście przeprowadzone zostały obydwie fugi: Cum Sancto Spiritu na koniec Glorii oraz podwójna w Hosanna z Sanctus, wieńcząca dodatkowo całe dzieło.

 

Filharmonia Krakowska 279

 

Ale i orkiestra miała okazję do popisu w fanfarowym wstępie do Credo. Głos Wiktoriji Szamanśkiej, zwłaszcza w górnym rejestrze odznaczał się przenikliwą ostrością, a zejście do rejestru piersiowego przy słowach "Christe elejson" grzeszyło pewną manierycznością. Z kolei w arii Et incarnatus est z Credo w pasażach towarzyszących głosowi ujmująco zaprezentowały się obój, fagot i flet. Aria Laudamus z Glorii przyozdobiona została koloraturami, które w interpretacji Li Yao posiadały pożądaną potoczystość. Udział śpiewaków (tenora i basa) jest niewielki i ogranicza się do ansambli, ale wykonaniu przez Sebastiana Macha i Jerzego Butryma tryli w kwartecie nie sposób odmówić urody. A zatem moja prywatna inauguracja koncertów w tym sezonie Filharmonii Krakowskiej okazała się wyjątkowo udaną.

                                                                                   Lesław Czapliński