Liczące 12 lat krakowskie przedstawienie Traviaty (12 sierpnia) zostało radykalnie odmłodzone za sprawą odtwórców pary protagonistów: Anny Wolfinger i Sławomira Naborczyka. Pamiętać bowiem należy, że Marie Duplessis, stanowiąca pierwowzór dla Dumasowskiej Marguerite Gautier i Verdiowskiej Violetty Valery, w chwili śmierci miała zaledwie 23 lata. Muzykalnie i ze znacznym wyczuciem wyrazowym zaśpiewany został duet Un dì felice, eterea, w którym dają znać o sobie pierwsze oznaki rodzącego się uczucia. Kawatyna Violetty Ah, fors'è lui che l'anima zabrzmiała z delikatną dynamicznie artykulacją wysokich tonów i frazowaniem na szerokim oddechu.
Może jedynie koloratury pozostawały z lekka zarysowane, choć obecnie śpiewacy zazwyczaj się po nich prześlizgują za pomocą glissand. W znacznej mierze to na Annie Wolfinger opierał się duet z Georgem Germontem Pura siccome un angelo, albowiem głos partnerującego jej Leszka Skrli, występujacego w tej inscenizacji od samego początku, sprawiał wrażenie zmęczonego i jakby artysta nie do końca nad nim panował. Wkradało się też nadmierne wibrato.
Z czasem jednakże, w arii, a właściwie kawatynie Di Provenza il mar, il suol, ponieważ wykreślono cabalettę, oraz w zamykającym drugi akt concertacie coraz bardziej odzyskiwał nad nim kontrolę. Wyjątkowo przejmująco brzmiały rozpaczliwe kantyleny Violetty towarzyszące scenie gry w karty u Flory w finałowej odsłonie drugiego aktu. Wyrównanym dźwiękiem wykonana została pożegnalna aria Addio, del passato bei sogni ridenti, a w recytatywach artystka z lekka koloryzowała ich linię melodyczną. Wbrew opinii Alessandra Baricca, że Alfred nie jest postacią, lecz tenorem, za sprawą Sławomira Naborczyka nabrał cech pełnokrwistej osoby scenicznej.
Artysta zaśpiewał cabalettę O mio rimorso! O infamia, ale trema prawdopodobnie sprawiła, że w ostatniej chwili wycofał się z efektownego zwieńczenia „c”, co kiedyś zdarzyło się także Piotrowi Beczale w La Scali. Głos śpiewaka mocno i pewnie brzmi w średnicy, stąd w pełni sprawdzał się w dramatycznych ustępach, jak tym w drugiej odsłonie drugiego aktu. A nieżyjący już reżyser nie ułatwia artystom zadania, obudowując ich śpiew działaniami aktorskimi z pogranicza akrobatyki. Mówiąc krótko „podkładając im kanapę”, na której oparciu niebezpiecznie balansuje Violetta, a Alfred kilkakrotnie przez nią przeskakuje.

Z kolei jego kawatynie towarzyszą igraszki z Violettą, a cabaletcie uzupełnianie przezeń garderoby. Kiedy indziej, w scenach miłosnych kochankowie pozostają w pewnym dystansie wobec siebie, kręcąc się wokół własnej osi. Ruben Silva, przez krótki okres dyrektor artystyczny Opery Krakowskiej, wydobywał z partytury subtelności instrumentacji (klarnet w kawatynie Violetty), mimo że nie jest ona najwyższej próby.

Po włosku „la traviata” oznacza „zbłąkaną” i odnosi się do kondycji bohaterki jako kurtyzany. Gdy akcję przenosi się do współczesności, traci on wszelką sens i fabuła wymagałaby gruntownego przepisania, skoro dziewiętnastowieczne suchoty zastąpiono prawdopodobnie tumorem mózgowym. Najbardziej udaną jest druga odsłona drugiego aktu z purpurową dominantą kolorystyczną: pionowe wąskie listwy, cztery reflektory w głębi, kostiumy większości postaci, przełamane jedynie połyskującym błękitem Flory i Markiza d'Obigny. Motyw ten na moment powróci w następnym akcie jako wizja karnawału, stanowiąca kontrapunkt dla losu gasnącej i opuszczonej przez wszystkich Violetty, poza służącą Aminą i doktorem Grenvilem, wcześniej będącej duszą tego towarzystwa. Na słowa wyróżnienia zasłużyła również para tancerzy w baletowym epizodzie o matadorze i jego ukochanej.
Lesław Czapliński