Przegląd nowości

Genialna „Butterfly” w deszczu

Opublikowano: poniedziałek, 21, sierpień 2023 06:21

Patrzę na mapę Polski, gdzie możnaby zorganizować letni plenerowy festiwal operowy z prawdziwego zdarzenia, odporny na polską pogodę, prezentujący własne rozwiązania artystyczne, a nie adaptujący spektakle powstałe w warunkach teatralnych i następnie przenoszone w plener. Miejscem najlepszym jest Opera Leśna w Sopocie. Ale w Trójmieście powstawały już nie raz różne koncepty, jedne mniej trwałe od drugich. Póki nie weźmie się za to Opera Bałtycka (ale tak z sercem i wytrwałością), nic z tego nie będzie. Podobno w tym roku spróbowano z Holendrem tułaczem z wcale dobrym rezultatem. Ale jedna jaskółka nie czyni jeszcze wiosny… Do  letniego festiwalowego  rozgrywania spektakli operowych w plenerze widzę jeszcze kilka miejsc na Dolnym Śląsku. Ale o tym może kiedy indziej…

 

Wróciłem właśnie z Bregenzer Festspiele, corocznego festiwalu operowego nad Jeziorem Bodeńskim. W międzynarodowych gremiach odbiorców sztuki operowej trwa nieprzerwalna dyskusja, które z najsłynniejszych tego typu wydarzeń stoi na poziomie najwyższym; Arena di Verona czy Bregenzer Festspiele.

 

Za pierwszym przemawia przeszło stuletnia tradycja, monumentalne inscenizacje, włoski repertuar, największe nazwiska występujących śpiewaków, 16 tysięcy widzów na każdym spektaklu i niemal gwarantowana pogoda pod letnim włoskim niebem.

 

Za drugim stoi odwaga i wszechstronność repertuarowa, ciągłe poszukiwanie nowych rozwiązań inscenizacyjnych i scenograficznych, śmiałe posługiwanie się grupami statystów i tancerzy, obsadzanie w partiach solowych artystów najmłodszych generacji, z głosami perfekcyjnymi i odpornymi na śpiewanie w warunkach plenerowej sceny na jeziorze, – bywa to niestety często – przy krańcowo zmiennej pogodzie.

 

Tak było 6 sierpnia 2023 roku na spektaklu Madama Butterfly, który codziennie grany jest już drugi sezon przed siedmiotysięcznym audytorium. Tym co zobaczyłem i usłyszałem zostałem powalony i przyciśnięty do muru. Reżyser Andreas Homoki wypełnił ruchem niemal każdy takt partytury. Nie odbiegając od didaskaliów libretta stworzył Japonię w sensie ruchowym, scenograficznym i kostiumowym niemającą nic wspólnego z dotychczasową tradycją udawania krainy kwitnącej wiśni.


Utopienie handlarza Goro w morzu, przypłynięcie Yamadori na kunsztownej tratwie, puszczenie na wodę przez syna Cio – Cio – San papierowego okręciku, który wraca wyolbrzymiony, aby być miejscem snu Butterfly, niezwykle widowiskowe zaślubiny, graniczące z groteską potraktowanie postaci Pinkertona, Konsula i Kate, wreszcie rozbudowanie roli dziecka – oto elementy uskrzydlające inscenizację, a jednocześnie wzmacniające konstrukcję libretta, będącego pretekstem do wzruszającej opowieści muzycznej.

 

Dyrygował Enrique Mazzola wywiązując się celująco ze skomplikowanych problemów koordynacji tempa i ruchu śpiewaków na dużej przestrzeni. Przy tym mistrzowsko interpretował partyturę Pucciniego, dzięki doskonale grającej Wiener Symphoniker.

 

Na miarę kreacji filmowej stworzyła postać tytułową młoda, pochodząca z Uzbekistanu sopranistka Berno Ismatullaeva, artystka urodziwa, dysponująca głosem mocnym o pięknej barwie, który wzruszająco malowała postać swej bohaterki, pokonując przy tym olbrzymie odległości na scenie, gdzie stały ponad trzydziestometrowej wysokości dekoracje, po których trzeba było się wspinać. Pinkertonem był gruziński tenor Otar Jorjika. Trudno szukać lepszego mimo, że w obsadzie jest również chwalony tu nasz Łukasz Załęski. Począwszy od Konsula (Bret Polegato), poprzez Suzuki (Anna Liza Stroppa), Goro (Tayland Reinhard), Bonza (Stanislav Vorobyov) i pozostałe role drugoplanowe, wszyscy to śpiewacy i aktorzy pierwszorzędni.

 

Następnego dnia dała się zaprosić na obiad wybitna pianistka – korepetytorka Anna Marchwińska, która operowym wybrańcom spod znaku Grand Touru opowiadała o tajnikach pracy z tymi wybitnym solistami i zespołami.

 

Podczas naszego spektaklu, granego przez dwie godziny bez przerwy, lunął deszcz podczas duetu w finale I aktu. Oczywiście ani na scenie, ani na widowni nikt się nie ruszył z miejsca (orkiestra grała w zadaszonej sali koncertowej, widoczna na telebimach). Ulewę przerwały dopiero ostanie dźwięki arii „Tam na wschodniej stronie…” i dalej potoczyło się wszystko idealnie, jak to w najdoskonalszym spektaklu, jaki obejrzałem w całym swym życiu.

 

W przyszłym sezonie zapowiadają Wolnego strzelca Webera. Nie tylko proszę, ale domagam się aby już teraz Grand Tour zarezerwował miejsca i hotele, abyśmy mogli uczestniczyć w prezentacji najwybitniejszego dzieła niemieckiego operowego romantyzmu, obsadzonego (podobno) wyłącznie przez niemieckojęzycznych wykonawców, na najlepszym obecnie festiwalu operowym świata.

                                                                     Sławomir Pietras