W kilku tego słowa znaczeniach. Dosłownie, gdyż chór odgrywa istotną rolę, będąc obecnym prawie w każdym z jedenastu numerów muzycznych. Niekiedy z wyodrębnieniem męskiego jako mauretańskich rycerzy, towarzyszących Agobarowi vel Clodomirowi, zaślubionemu w dzieciństwie księżniczce Elzidzie, ale wskutek powikłanych perypetii stającego się wodzem saraceńskiej ekspedycji, która stanęła za Pirenejami, w Prowansji.
Ale to także chór waltorni, pojawiający się już w uwerturze i potem kilkakrotnie powracający. Dotyczy to także partii tzw. bandy czyli sekcji dętej, w teatrze umieszczanej na scenie (w przypadku krakowskiego wykonania koncertowego 2 lipca w ramach V Festiwalu Rossiniowskiego odtwarzanej z głośników z wcześniej przygotowanego nagrania). Opera Giovanniego Paciniego powinna raczej nosić tytuł Saraceni w Galii, albowiem pod takim mianem występowali oni za panowania Karola Młota, na które przypada jej akcja.

Pacini, o pięć lat starszy krajan Vincenza Belliniego (obaj urodzili się w Katanii) wraz z Saverio Mercadantem tworzył w okresie przejściowym pomiędzy mistrzami belcanta a Giuseppe Verdim. Posiadał niewątpliwie doskonale opanowane rzemiosło, w tym nieszablonowy zmysł instrumentacji. Myślał jednak głównie kategoriami form muzycznych, niezbyt licząc się z wymogami dramatycznymi, stąd wrażenie pewnej statyczności i schematyczności numerów muzycznych. Verdi natomiast bezsprzecznie przewyższał go pod względem nerwu scenicznego, co zapewne tłumaczy zniknięcie jego oper z teatralnego repertuaru, mimo że były one w o wiele lepszym guście. Także konwencjonalne libretto Luigiego Romanellego, powtarzające melodramatyczne zwroty, nie stanowiło w tym przypadku szczególnego atutu. Jak przystało na w pewnym stopniu epigona belcanta, wymaga on od wykonawców prawdziwie wirtuozowskich umiejętności.
Najpełniej im sprostał tenor Michele Angelini, rozporządzający jasnym głosem o znacznej rozpiętości, swobodnie otwierającym się w górze skali jak przystało na następcę Giovanniego Davida w tej partii na prapremierze w mediolańskiej La Scali. Obydwie arie: nr 4 Non è ver, che sia diletto i nr 11 Le dirai ch'io serbo ognora odznaczały się dźwiękowym blaskiem, wzbudzając podziw dla technicznej maestrii, a przy tym wolne były od wszelkiej forsowności. Artysta wykazał się przy tym znaczną kulturą śpiewu, dbając o odcienie dynamicznej natury.

Podobnie w dramatycznym duecie z Elzidą nr 6 Va menzogner, non presto. W tej partii o zakroju zapowiadającym heroiny z wczesnych oper Verdiego wystąpiła Serena Farnocchia, sopran dramatyczny z prawidłowo opanowaną techniką koloraturową. Jedynie do wysokich dźwięków wkradał się znaczny wysiłek, sprawiający, że głos przybierał niemiłe, ostre zabarwienie, Podobnie było w przypadku chorwackiego kontraltu Diany Haller, która w roli Leodata, a więc en travesti, w kawatynie nr 2 Quando, o core, a te ridenti efektownie koloryzowała linię melodyczną, ale w górnym rejestrze raziła nadmierna forsowność.

Stawkę tych protagonistów uzupełniali pozostali włoscy śpiewacy, z których Roberto Lorenzi posiadał na samym początku własny numer solowy. Prawdziwie symfonicznej oprawy dostarczała orkiestra Filharmonii Krakowskiej, tym razem, niczym w operze usytuowana pod estradą. A, jak wspomniałem, partytura przewiduje dla niej wiele pomysłowych zadań, na przykład w ustępie instrumentalnym w drugim akcie, następującym po duecie Elzidy i Agobara. Całość, z chórem Filharmonii Krakowskiej przygotowanym przez Piotra Piwkę, poprowadził włoski kapelmistrz Marco Alibrando, nadając wykonaniu wybitnie monumentalne rysy.
Lesław Czapliński