Moja droga do Drugiej Mahlera nie była taka oczywista. Naprzód poznałem Sinfonię Luciana Beria, w której włoski kompozytor zacytował Scherzo z tamtego utworu w ramach kolażowej struktury tej kompozycji. I przypisałem je inwencji nowoczesnego twórcy. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że jest to w oryginale kompozycja Gustava Mahlera.

I właśnie ta część II Symfonii c-moll z klezmerskimi motywami pod batutą Alaksandara Chumały skradała się z „kocim wdziękiem” szlachetnym dźwiękiem, a skrzypce imitacyjnie przekomarzały się z dętymi drewnianymi, w kontraście do triumfalnego, fanfarowego tria.
Utwór ten powinien być szczególnie bliski białoruskiemu szefowi krakowskich filharmoników, albowiem pierwsza część pierwotnie powstała jako odrębny poemat symfoniczny Święto zmarłych (Totenfeier), zainspirowany lekturą przez Mahlera drugiej, obrzędowej części Dziadów w niemieckim przekładzie, w której Mickiewicz nawiązał do reliktów przedchrześcijańskich wierzeń z terenów Białorusi. W tym ogniwie najbardziej przemawiały do mnie ustępy liryczne grane w stylistyce dolce, a więc wydobywającej ciepłe barwy brzmieniowe i utrzymanej w ściszonej dynamice. Dobarwianie w ekspozycji orkiestrowego tutti przez waltornie raziło nieco dziwnie rezonującym dźwiękiem, również pierwsze wejście wiolonczel i kontrabasów było nazbyt szorstkie i jakby zerwane. Zgodnie z zaleceniem Mahlera, by wyraźnie oddzielić wstępne Allegro maestoso od pozostałych części symfonicznego cyklu, kapelmistrz co prawda nie zszedł z estrady, jak to swego czasu uczynił José Cura, ale na moment przysiadł, w oczekiwaniu na wejście solistek.
Kluczem do swego odczytania tej partytury Chumała uczynił monumentalizm formy, jakby do tej, a nie poprzedniej symfonii, odnosił się tytuł Tytan. Takie znamiona nadał nawet Andante moderato, pełniącemu funkcje przynoszącego wytchnienie intermezza po burzliwym wstępie. W Praświetle (Urlicht) do słów ze zbioru anonimowych poezji des Knaben Wunderhorn (Cudowny róg chłopca), wyłaniającym się bezpośrednio ze Scherza, pojawia się solowy ustęp wokalny.

Przy całym uznaniu dla sztuki śpiewu Urszuli Kryger, wolałbym w tej partii głos o wybitnie altowym, ciemnym zabarwieniu. Zabrakło mi też potężniejszego, a zarazem bardziej skupionego brzmienia puzonów i tuby. Szczególnie mocne wrażenie wywarło finałowe Im Tempo des Scherzos, a zwłaszcza wizja zmarłych wstających z grobów, zaanonsowana crescendo perkusji z dochodzącym odgłosem werbla.
Tym razem odpowiedź rogów, a także dodatkowych kotłów dochodziła z kuluarów. Imponowało też w pełni chorałowe, nieomal organowe brzmienie wspomnianej sekcji blachy, zapowiadające wokalno-instrumentalną apoteozę do hymnicznej poezji Friedricha Gottlieba Klopstocka i samego kompozytora. Pewne wejście chóru a cappella, przygotowanego przez Piotra Piwko, oraz drugiej solistki – Martiny Jankovej – dopełniło ten dramat symfoniczny, albowiem takie rysy nadawał Mahler swoim pełnowieczorowym dziełom tego gatunku, jako dyrygent operowy specjalizując się w prowadzeniu dramatów muzycznych Richarda Wagnera. Tymi mocnymi akordami 9 maja zakończył się 78 sezon koncertowy Filharmonii Krakowskiej.
Lesław Czapliński