W piątek 24 marca w Filharmonii Krakowskiej prologiem były dwa utwory wokalno-instrumentalne Johannesa Brahmsa. Zostały wykonane w kolejności opusowej, choć osobiście wolałbym jej odwrócenie, by Rapsodia na alt pojawiła się w miejscu zwyczajowo zarezerwowanym dla utworu solowego.

Pieśń przeznaczenia op. 54 do słów Friedricha Hölderlina stanowiłaby odpowiednie wprowadzenie, zwłaszcza że Antoni Wit umiejętnie wyważył relacje pomiędzy ustępami natury kontemplacyjnej a bardziej dramatycznymi kulminacjami, zachowując jednak umiar jak przystało na zdecydowanie akademicki rys muzyki tego kompozytora. Moją uwagę zwróciło zwłaszcza wyrównane brzmienie smyczków w umiarkowanej dynamice, odznaczające się znaczną śpiewnością. W Rapsodii „Zimowa podróż w góry Harzu” op. 53 do tekstu Johanna Wolfganga Goethego znaczna rola przypada solowemu altowi. Ewa Marciniec, posiadająca mocny i nośny głos, w pierwszej zwrotce najwyraźniej nadużywała dynamiki, w związku z czym w górze skali pojawiały się pewne przebarwienia.
Dopiero w drugiej, przy słowach Ach, wer heilet die Schmerzen sięgnęła po subtelniejsze środki wyrazu, w tym artykulacyjne, polegające na delikatnej intonacji stopniowo rozszerzanej i wzmacnianej. Aktem zasadniczym tego wieczora, do którego pierwsza część stanowiła zaledwie przygotowanie, była I Symfonia E-dur op. 26 Aleksandra Skriabina, w której finale chór głosi „chwałę sztuki, chwałę na wieki”. Jej wykonanie pod Antonim Witem w pełni zasługuje na miano kreacji.
Kapelmistrz wydobył cały potencjał artystyczny drzemiący w krakowskich filharmonikach, który w pełni ujawnia się, gdy muzyków konfrontuje się z ambitnym przedsięwzięciem stawiającym nowe wyzwania. Skriabin, wzorem Beethovena, Mendelssohna i Mahlera, przekracza tradycyjnie ukształtowany czteroczęściowy i czysto instrumentalny cykl symfoniczny, rozbudowując go do sześciu ogniw, z hymnicznym zakończeniem, do którego tekst o dekadenckiej wymowie sam ułożył.

Lento jest rozbudowanym do odrębnej części powolnym wstępem z wypracowanego przez Haydna wzorca formy symfonicznej, tyle że wypełnionym inną substancją dźwiękową, przeciwstawiającą sobie porządki diatoniczny i chromatyczny. Allegro drammatico zgodnie z określeniem posiada burzliwy przebieg i zachowuje zgodność z zasadami sonatowej budowy. Uspokojenie przynosi kolejne Lento pieśniowej natury, po którym następuje Scherzo w tempie Vivace z interesującymi efektami artykulacyjnymi i wyrafinowanym kolorystycznie triem z pikuliną i orkiestrowymi dzwonkami po środku. Finałowe Allegro domyka formę sonatową, którą zwieńcza kantatowe Andante z chórem i solistami (altem i tenorem).
Przyznam się szczerze, że w tym względzie przyznaję rację Nikołajowi Rimskiemu Korsakowowi, Aleksandrowi Głazunowowi i Anatolijowi Liadowowi, którzy nie zakwalifikowali tego zakończenia do wydania i prawykonania, i słyszałbym je raczej jako odrębny opus posiadające własny żywot koncertowy. Skriabin w tym dziele w znacznej mierze korzysta z Wagnerowskiej harmoniki i orkiestracji wzbogaconej o dokonania rosyjskiej szkoły instrumentacji.
Wszystkie te cechy zaznaczył w swojej interpretacji Antoni Wit, a orkiestra w pełni podążała za jego odczytaniem, imponując potęgą wyrównanego brzmienia, zachowującego idealne proporcje pomiędzy poszczególnymi sekcjami. Mocną podstawę stanowił kwintet smyczkowy operujący dźwiękiem głęboko osadzonym w instrumentach, przy czym dało się wyłowić szlachetny, ciemny ton wiolonczel oraz solowych partii skrzypiec.

Dodatkowego oparcia dostarczała doskonale dysponowana blacha, z precyzyjnymi odzywkami rogów, a kiedy indziej idealnie zestrojonymi puzonami i tubą. Na tak zaznaczonym tle pojawiały się z kolei krótkie sola fletów czy oboju. Może jedynie w obydwu ogniwach oznaczonych jako allegra zdjąłbym nieco dynamiki z zeli. Z dwojga solistów bardziej przypadł mi do gustu Rafał Bartmiński śpiewający z dużą pewnością emisyjną i tembrem dostosowanym do stylu tej muzyki. Co prawda to jeszcze nie Skriabin ekstatyczny, ale na pewno daleki od akademizmu. Antoni Wit, odznaczający się fenomenalną i niezawodną pamięcią muzyczną, poprowadził cały koncert obywając się bez partytury, a symfonia spotkała się z długo nie milknącym aplauzem publiczności.
Lesław Czapliński