Spektakl Ksiąg Jakubowych według najważniejszej powieści Olgi Tokarczuk – polskiej noblistki, jest fascynujący, mistrzowsko zagrany i zainscenizowany, ale nie jest kreatywny w tym najbardziej współczesnym sensie. Nie ma żadnych odniesień do aktualnej rzeczywistości i to nie tylko w sensie najprostszym, bo nie wywołuje się śmiechów na widowni z powodu skojarzeń z premierem, prezesem, ani kimś z innych celebrytów.
To jest spokojna, mozolna relacja o wydarzeniach, z którymi może mieć do czynienia czytelnik dosyć grubej księgi. A właśnie w ostatniej scenie trzyma to tomisko na kolanach Jenta (Aleksandra Justa), wymyślona przez autorkę narratorka opowieści o Jakubie Franku. Jego postać ma aż dwóch odtwórców – jako młody – Henryk Simon i stary – Jerzy Radziwiłłowicz. Przedstawienie ma ładną, symbolizującą Niebo i wstęp do Nieba scenografię Roberta Rumasa i tradycyjnie stylowe, atrakcyjne, jak Pan Bóg przykazał, kostiumy Julii Kornackiej.

Ale mnie z powodów sobie znanych najmocniej interesuje muzyka, której autorstwo należy przypisać Justynie Skoczek oraz Michałowi Zadarze, reżyserowi, który miał też wpływ na projekcje wideo i wraz ze swoją żoną Barbarą Wysocką dokonał adaptacji tej czytelniczej pozycji. Michał Zadara ma, prócz predylekcji muzycznych nakierowanie na dzieła monumentalne. Jego pełna inscenizacja Dziadów Mickiewicza w dawnym Teatrze Polskim we Wrocławiu, należała do największych kilkudniowych „kolosów” scenicznych.
Właśnie opracowanie muzyki do tych wrocławskich Dziadów należało również do dr hab. Justyny Skoczek, pianistki, korepetytorki solistów i akademickiego wykładowcy, która pomaga Michałowi Zadarze w jego zmaganiach z wielką sztuką. Przed pierwszymi fotelami postawiono zatem koncertowy fortepian firmy Bösendorfer przy którym przez całe trzygodzinne przedstawienie siedziała autorka oprawy muzycznej. Robiła na początku takie zwykłe um-pa-pa, kiedy akcja spektaklu się dopiero rozkręcała. Potem postukiwała w pudło fortepianu jakimś metalowym młoteczkiem, a nawet przesiadała się do malutkiego stanowiska perkusyjnego, gdzie były nieduże cymbałki, na których wespół z aktorką odtwarzającą rolę Jenty, wygrywała nieskomplikowane melodie, w tym popularną niegdyś piosenkę dziecięcą „Ja jestem figurynka z porcelany”.

Jednak w miarę rozwoju akcji i kolejnych perypetii społeczności Frankistów, po epizodzie na dworze cesarza Austrii, któremu towarzyszyła lekka muzyka Mozarta, pojawiły się tony poważniejsze i główny motyw przywodzący na myśl marsz pogrzebowy, czyli Alegretto z VII Symfonii Ludwiga van Beethovena A-dur. Ta posuwista i narastająca w swym smutku melodia, bez lżejszego w nastroju segmentu „B”, towarzyszy Księgom Jakubowym do samego końca, czyli zgonu głównego bohatera. Cokolwiek byśmy o nim złego nie powiedzieli, pozostawił on w Polsce sporą grupę akolitów, z początku fanatycznych wyznawców, a po przejściu owej społeczności na katolicyzm rzetelnych obywateli nie istniejącej jeszcze na mapie Europy Rzeczpospolitej. I tutaj można mieć niejakie pretensje do autorów spektaklu, że przynajmniej nie próbowali podsumować, choćby zdawkowo, dorobku tejże zasłużonej społeczności Szymanowskich, Wołowskich, Krzyżanowskich i innych. Słowo „przechrzta” początkowo jeszcze mające znaczenie stygmatyzujące – wspomnijmy choćby jednego z bohaterów Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego – z czasem straciło swoje zabarwienie, choć jeszcze długo przypisywano pochodzenie żydowskie czy to Adamowi Mickiewiczowi, czy Fryderykowi Chopinowi. Dziś w kwestii stygmatyzowania mamy o wiele młodsze wzory, które także wymagałyby przepracowania. Ale to już temat na inne opowiadanie.
Joanna Tumiłowicz