Trudna droga Teresy Żylis-Gary

Opublikowano: poniedziałek, 13, wrzesień 2021 07:18
Pietras Sławomir

Żyją wśród nas postacie, o których nigdy nie myślimy, że może ich kiedyś zabraknąć. Bywają ludzie, których legenda zaczyna funkcjonować natychmiast po ich śmierci. Trafiają się osoby nieprzydające niczego do swej wielkości, a mimo to ich charyzma, znaczenie dokonań i życiowy dorobek zapierają dech w piersiach, gdy się tylko o tym pomyśli.

 

Do takich ludzkich zjawisk należała Teresa Żylis-Gara. Jej wielka operowa kariera od swego początku była pełna przeszkód, trudności i problemów. Urodziła się pod Wilnem, okupację przeżyła będąc kilkunastoletnią dziewczyną, a potem jako repatriantka znalazła się w Łodzi w ciężkich warunkach powojennego czasu. Dzięki Bogu wpadła w ręce wybitnej profesorki śpiewu prof. Olgi Olginy, która w latach trzydziestych – wielka dama o arystokratycznych manierach – śpiewała na scenach Wilna, Petersburga i Poznania.

 

Wspominając te czasy Teresa powiedziała mi kiedyś: – Skądinąd trafne uwagi mojej profesorki dotyczące nie tylko wokalistyki, ale ubierania się, zachowania, mówienia i reagowania na różne bodźce, bardzo często mnie przerażały. Ona po prostu bez trudu to wszystko diagnozowała, ale nie zawsze raczyła wyjaśniać, jak być powinno nie tylko w śpiewie, ale w towarzystwie, podczas dyskusji, kontaktów z otoczeniem, a nawet dobierania strojów i kosmetyków, nie mówiąc o posługiwaniu się nożem i widelcem przy stole. A przecież ja przyjechałam z litewskiej prowincji i wszystko czego doznawałam pod Jej skrzydłami, było po raz pierwszy.

 

Po dyplomie okazało się, że też nie będzie lekko. Mimo pięknego materiału głosowego, audycje w polskich teatrach operowych nie przynosiły engagement. Złośliwi twierdzili, że stanowiska operowych primadonn były wszędzie ściśle obsadzone. W Warszawie królowała Maria Fołtyn, w Poznaniu Antonina Kawecka, we Wrocławiu Halina Halska, na Śląsku Natalia Stokowacka, w Łodzi Weronika Kuźmińska, a w Bydgoszczy Lidia Skowron. Tylko w Krakowie – mimo mocno świecącej gwiazdy Jadwigi Romańskiej – udało się otrzymać stały kontrakt i zaśpiewać Halkę, Juliettę w Opowieściach Hoffmanna i tytułową Madama Butterfly.  Jakoś tak w końcu lat pięćdziesiątych widziałem to przedstawienie w czarno-białej transmisji telewizyjnej. Byłem nią zachwycony. Głównie z powodu piękna dźwięku, prowadzenia frazy, wzruszającej muzycznej interpretacji japońskiej bohaterki Pucciniego i uroku bijącego z tego młodzieńczego wokalnego zjawiska.


Wtedy jako gimnazjalista nie wiedziałem jeszcze, że operowi specjaliści spod znaku wymienionych powyżej primadonn doszukali się wątłego brzmienia górnych dźwięków skali, nieporadności scenicznej, a nawet braku forte w tym jakże pięknie brzmiącym głosie.

 

Kiedy po latach ten zarzut powtarzała w mojej obecności jedna z najbardziej rozwścieczonych polskich operowych harpii, odpowiedziałem z rozwagą i spokojem: – Ona bez tego forte trafiła na szesnaście sezonów do Metropolitan, a Ty ze swoim forte w głosie zdarłaś go na intrygach, a uratowałaś swe operowe istnienie reżyserując to i owo, tu i tam.

 

Ale droga do Metropolitan była jeszcze daleka. Najpierw odważna decyzja o wyjeździe do zachodnich Niemiec. Tam kontrakty w prowincjonalnych zespołach, wzbogacanie repertuaru i intensywna nauka języków obcych. Wielomiesięczny, częsty i regularny kontakt z anonimowym, wybitnym i kosztownym pedagogiem śpiewu, który wyrównał skalę, wzmocnił najwyższe dźwięki, łącznie z owym – tak wypominanym przez rodzime autorytety – forte!. Teresa przez wiele lat ukrywała jego nazwisko. Dziś można je wyjawić, bo to on był wokalnym twórcą jej światowej kariery. Nazywał się prof. Rudolf Bautz. Pod jego kierunkiem przygotowała między innymi partię Donny Elwiry, którą przedstawiła z wielkim sukcesem w Operze Wiedeńskiej, powtórzyła w Paryżu i w konsekwencji wylądowała w Metropolitan, debiutując również w Don Giovannim.

 

Od tego momentu artystyczną drogę Teresy Żylis-Gary oddaję w ręce naszych leniwych muzykologów, lub (co pewniejsze) pod uwagę przyszłych absolwentów zainaugurowanego właśnie kierunku studiów publicystyki muzycznej w Akademii im. Ignacego Paderewskiego w Poznaniu. Tutaj nie wystarczą już moje rzewne wspomnienia i uwielbienie dla tak unikalnego zjawiska światowej wokalistyki XX wieku. Powinna czym prędzej powstać solidna, oparta na drobiazgowych badaniach i studiach biografia oraz analiza kunsztu wokalnego i przebiegu kariery następczyni niegdysiejszych polskich światowych karier operowych: Marcelli Sembrich-Kochańskiej, braci Reszke, Janiny Korolewicz-Waydowej, Adama Didura i Jana Kiepury.

 

Mnie zaś pozostaje zmaganie się z brakiem wśród nas tej wielkiej artystki, kultywowanie jej wspaniałej legendy i wielkim smutkiem, gdy tylko o niej wspomnę.

                                                                         Sławomir Pietras