Moniuszkowskie samogwałty

Opublikowano: poniedziałek, 30, sierpień 2021 06:58
Pietras Sławomir

W ostatnich latach polskie teatry operowe mają na swoim sumieniu szereg realizacji dzieł ojca polskiej opery narodowej nie dających się rozgrzeszyć nawet na sądzie ostatecznym. Zaczęło się od dwóch inscenizacji Strasznego dworu w Operze Narodowej. Jedna była dziełem Andrzeja Żuławskiego, drugą wyreżyserował David Pountney. Ci dwaj inscenizatorzy dali spektakle daleko odchodzące od tekstu i fabuły librecisty Jana Chęcińskiego oraz klimatu i urody muzyki Pana Stanisława.

 

Jeszcze kilkanaście lat temu byłoby to niemożliwe. Nie dlatego, że żyła Maria Fołtyn nazywająca siebie wdową po Moniuszce i całe pokolenie artystów, dyrektorów teatrów, realizatorów i wreszcie publiczności, dla której polskie opery narodowe były artystyczną świętością, skarbnicą patriotyzmu, elementem wychowania obywatelskiego, wreszcie dumą z naszej trudnej, ale zarazem pięknej i ukochanej przeszłości.

 

Ale po takich reżyserach jak Adolf Popławski, Bolesław Fotygo-Folański, Leon Schiller, Jerzy Merunowicz, Aleksander Bardini, Sławomir Żerdzicki oraz takich artystycznych dyrektorach jak Walerian Bierdiajew, Zygmunt Latoszewski, Zdzisław Górzyński, Adam Kopyciński, Włodzimierz Ormicki, Bogdan Wodiczko, czy Robert Satanowski, przyszedł czas na menagerów, którzy albo nie wiedzą co czynią, albo błądzą w koncepcjach myśląc, że ratują gatunek operowy, który żadnego ratunku nie potrzebuje. Opanowali ich reżyserzy usiłujący robić interesy na unowocześnianiu, przybliżaniu współczesnemu widzowi, poprawianiu klasyki, a nawet opowiadaniu na nowo arcydzieł polskiej opery narodowej. Takim działaniem albo pokrywają własną niewiedzę i brak umiejętności, albo – co częstsze – próbują epatować publiczność wydumanym wizjonerstwem, nawiązywaniem do trendów pseudoświatowych i uprawianiem własnego, artystycznego bulgotu. 

 

Na tej drodze znalazł się nawet tak doświadczony reżyser jak Marek Weiss-Grzesiński ze swym gdańskim Strasznym dworem, w którym zamienił komizm na tragedię narodową z powstańcami warszawskimi w finale. W kilka lat później również w Gdańsku Krystyna Janda zainscenizowała patriotyczną Hrabinę we wnętrzach supersamu, porzucając grottgerowskie ideały, którymi wzbogaciła swój Straszny dwór w Łodzi. Pozostawiam na uboczu mniej istotne dla tematu dzisiejszych rozważań spektakle Halki w Bydgoszczy, Verbum nobile w Bytomiu i Straszny dwór w Operze Królewskiej.


 

Przeszedł sam siebie w znęcaniu się nad tym repertuarem Mariusz Treliński, realizując Halkę w Theater an der Wien. Bohaterka tytułowa była restauracyjną kuchtą i hotelową sprzątaczką, Jontek-kelnerem, Janusz pijakiem i rozpustnikiem, Zofia rozwydrzoną panną młodą, a Stolnik cynicznym geszeftmenem. Wszystko w oparach alkoholu, rui i poróbstwa, przy akompaniamencie polskich tańców narodowych, z transmisją telewizyjną i powtórzeniem premiery na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie. Całe szczęście, że w repertuarze Opery Narodowej jest również tzw. Halka wileńska na Scenie Kameralnej, gdzie można ewentualnie kierować liczne wycieczki szkolne, bo duża scena, nosząca notabene imię Stanisława Moniuszki powinna być po każdym takim spektaklu odkażana lizolem, tak jak zrobiłem to z moim aparatem telewizyjnym po retransmisji tego bezeceństwa.

 

Nie dają mi również spokoju samogwałty uprawiane na repertuarze moniuszkowskim przez Teatr Wielki w Poznaniu, także mój Teatr, którym kierowałem przez lat 15, grając nowe inscenizacje dzieł jego patrona: Verbum nobile Flis (Conrad Drzewiecki), Halka (Marek Weiss-Grzesiński) i Straszny dwór (Emil Wesołowski). 

Przed dwoma laty z przerażeniem obejrzałem i skomentowałem Halkę wydumaną przez Pawła Passiniego, w której ze sceny i widowni wiało paranoją, chorobą umysłową i dewiacją inscenizatora. Tak pomyślaną produkcję wywieziono aż gdzieś na Karaiby, gdzie grano ją w plenerze na wiejskiej drodze dla jakichś tubylców, którzy dotąd nigdy nie słyszeli o sztuce operowej. To zawstydzające dziwadło nagrodzono później nawet w Wenecji za absolutną inność, artystyczny bełkot i paranoiczną rzekomo odwagę. 

 

Tak ośmielone artystyczną bezkarnością obecne kierownictwo Gmachu pod Pegazem postanowiło na nowo odkryć, dawno już odkrytą Parię. Tylko po wojnie interesująco zrealizowano ją we Wrocławiu, Bytomiu, Poznaniu, Warszawie, Łodzi i Szczecinie (nagranie DVD pod dyr. Warcisława Kunca). Trzykrotna prezentacja tego przedsięwzięcia w poznańskiej hali sportowej Arena wiała chaosem, bałaganem, dziwactwami i nie miała nic wspólnego z walką Braminów z Pariasami w starożytnych Indiach, na czym tak bardzo zależało Moniuszce, pragnącemu tym dziełem dołączyć do XIX-wiecznej europejskiej mody na sceniczny egzotyzm. 

 

Uprawiając moniuszkowski samogwałt Teatr Wielki w Poznaniu zamiast wziąć się za organizację – spóźnionych już – obchodów 100-lecia opery polskiej w Poznaniu zabrał się za pastwienie nad Strasznym dworem, aby rzekomo wypromować to dzieło rękami realizatorów cudzoziemskich, co opiszę za tydzień. 

                                                                 Sławomir Pietras