Apokalipsy według Joanny

Opublikowano: poniedziałek, 05, kwiecień 2021 08:36
Pietras Sławomir

Z nastaniem wiosny ciśnie się pod pióro wiele felietonowych tematów. Wybieram jednak tylko ten jeden i poświęcam mu dzisiejsze rozważania. „Apokalipsy według Joanny” – tak zatytułowała swoja trzecią już powieść młoda, bo zaledwie czterdziestokilkuletnia pisarka Anna Robak-Reczek.

 

W swej biografii podaje, że jest „dolnoślązaczką”. Tam się wprawdzie urodziła (w Lubinie), ale rodzice wkrótce przenieśli się do Częstochowy, gdzie przyszła powieściopisarka ukończyła liceum, a następnie studia na Uniwersytecie Śląskim (organizacja produkcji filmowej i telewizyjnej), stając się – jak sama twierdzi – specjalistką od public relations. Od ponad 20 lat mieszka, pracuje i pisze w Warszawie, a wydaje w radomskim wydawnictwie Lucky, co wypada tak dobrze, że gdyby nie zniewalające szpony Juliusza Multarzyńskiego, sam przeniósłbym się ze swoimi książkami do tej nieznanej mi dotąd oficyny.

 

Właśnie wyszedł kolejny tom moich felietonów „Zaproszenie do tańca” z bogatą ilustracją zdjęciową Multarzyńskiego, który przesłałem autorce „Apokalipsów według Joanny” z nieśmiałą nadzieją, że natchnie ją to do zainteresowania się sztuką tańca, innością ludzi baletu i barwnością tego środowiska.

 

Pani Anna Robak-Reczek w swej biografii nie podaje, że jej gniazda rodzinne od strony obojga rodziców zbiegają się w Zagłębiu. Ojciec Janusz w swej młodości prowadził renomowaną 71 drużynę harcerską hufca będzińskiego, a ja w tym samym czasie byłem przewodnikiem drużyny zuchów im. Króla Maciusia I w tej samej szkole podstawowej nr 3 przy ul. Promyka w Będzinie.

 

Mając wiele sukcesów na tym polu przegrałem konkurencję do mojej rówieśnicy Brygidy, która – również harcerka – wybrała Janusza, późniejszego męża i ojca obecnej pisarki. Gdyby Baśka (bo tak do niej mówiliśmy) wybrała mnie, jej córka Anna byłaby raczej kompozytorką, lub – nie daj Boże – śpiewaczką.

 

Znałem całą zacną rodzinę Brygidy (z domu Mahoń): matkę, dwie siostry, babcię i ciotkę Wierzbową , która po wojnie miała sklep ze słodyczami na ul. Małachowskiego. Tam dostawałem za darmo kolorowe cukierkowe groszki, gdy tylko powiedziałem wierszyk. Mama kupowała mi – już za pieniądze – wspaniałą chałwę u ciotki Wierzbowej, którą jako prywatną inicjatywę domiarami wykończyli ówcześni władcy PRL-u.


 

Nie wiem którędy, ale zapewne przez tradycję rodzinną motywy pokoleniowej więzi przeniknęły do twórczości Anny Robak-Reczek. Brzmi to w jej poprzednich powieściach „Odzyskanie” (powojenne losy ludzi na Ziemiach Odzyskanych) i „Zniknięty” (wielowątkowa historia dotkniętej kryminalnym przypadkiem rodziny). Z całą wyrazistością motywy życia rodzinnego rozbrzmiewają w „Apokalipsie”. 

 

Na 300 stronicach tej zajmującej powieści śledzimy losy zwykłej, przeciętnej, niczym nie wyróżniającej się rodziny, wśród zdarzeń dalekich od jakiejkolwiek „apokalipsy”, ale opowiedziane z takim talentem, narracyjną precyzją, językiem dostosowanym do przedstawianych zdarzeń i bezbłędnie charakteryzujących postacie i sytuację, że czytając, nie można oderwać się od tekstu.

 

Poza tytułową Joanną mamy tu więc jej męża Roberta, dorastającą córkę Agatę, dziesięcioletniego syna Witka, niedawno zmarłą Matkę, kochankę Roberta – Reginę, brata Joanny – Iwa, od wczesnej młodości aż do jeszcze bardziej wczesnej śmierci żyjącego w szczęśliwym, gejowskim związku z aktorem-lalkarzem, o dziwacznym imieniu Thijs. Jemu i ich relacji autorka poświęca szczególnie pięknie napisane partie tej powiesci.

 

Cenną zaletą pisarstwa Anny Robak-Reczek jest językowa uroda opisów, charakterystyka postaci, ich przeżyć i poczynań, podana z precyzją, bez rozwlekłości i rozgadania, a jednocześnie z literacką urodą i prostotą. Rekomendując tę powieść ograniczam się do przedstawionych powyżej nie wszystkich zalet, aby nie dekonspirować pasjonującego sensu fabuły, jeszcze jednego dowodu na niepospolity literacki talent autorki. Na przyszłość sugeruję głębsze wnikanie w wymowę wybranych tytułów, bo ani „Odzyskanie”, ani „Zniknięty”, a na pewno „Apokalipsy”, nie oddają w pełni znaczenia i twórczej zawartości napisanych tekstów.

 

A jeśli już coraz bardziej dojrzewająca autorka podejmie tematy szersze od dotychczasowych aspektów życia rodzinnego, niechże drżą w posadach powieści Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Gojawiczyńskiej, Kuncewiczowej, a nawet Olgi Tokarczuk. A jeśli dojdzie kiedyś do naszego spotkania – zaproponuję – mów mi Wuju!

                                                                       Sławomir Pietras