Operowe Walentynki

Opublikowano: poniedziałek, 01, marzec 2021 06:33
Pietras Sławomir

Udało mi się popatrzeć i posłuchać, co z okazji tego minoderyjnego święta mają do zaśpiewania, zatańczenia i zagrania zespoły operowe Wrocławia, Łodzi i Bytomia. Z powodów, których nie będę tutaj przytaczał, nie przepadam za Walentynkami. Jeśli już, gdy tylko przeżywam wezbranie uczuć, trwają one w moim organizmie przez wszystkie 365 dni w roku. Tak samo dzieje się z sercem, jeśli wspominam odległe już operowe czasy z perypetiami, jakie przeżywałem w Bytomiu, Wrocławiu i Łodzi.

 

Opera Wrocławska dała koncert pod nieco pretensjonalnym tytułem Oblicza miłości, którym sprawnie dyrygował Adam Banaszak, dobrze grała orkiestra rozstawiona zamiast widzów na parterze widowni, a chór rozmieszczony na balkonach, aby kogoś nie zarazić lub nie być zarażonym. Cała plejada solistów śpiewała – kto co umiał – numery musicalowe i operetkowe, aby przypodobać się niewidzialnej walentynkowej publiczności, no i nowej dyrekcji, która zanim zorientowała się z kim ma do czynienia, już zaczęła angażować śpiewaków zagranicznych, prąc do przodu po „mistrzostwo świata”. Do tego wystarczą wszakże możliwości wokalne i sceniczne Marii Rozenek-Banaszak, Jacka Jaskuły, Anny Lichorowicz, Łukasza Rosiaka, Elizy Kruszczyńskiej, a z artystów już doświadczonych Elżbiety Kaczmarzyk-Janczak, Edwarda Kulczyka i Macieja Krzysztyniaka. To wcale nie wszystkie wrocławskie głosy, z którymi można pójść na podbój świata, o czym jak najszybciej powinien przekonać się nowy dyrektor artystyczny i dostosować do tego projektowany repertuar (a nie ToskęiDon Carlosa, z myślą o zaprzyjaźnionych gwiazdach). Im szybciej tym lepiej!

 

Walentynkowe obchody w Łodzi nosiły tytuł Karnawał w wiedeńskim nastroju (również mało fortunnie !). Dyrygowało aż dwoje kapelmistrzów: Marta Kosielska i Michał Kocimski. Program zapowiadali Patrycja Krzeszowska i Arkadiusz Anyszka, oboje urodziwi, dobrze przygotowani z nienaganną dykcją i pięknogłosi, bo to przecież wschodzące gwiazdy polskiej wokalistyki. Wśród solistów Robert Ulatowski, Łukasz Motkowicz, Agnieszka Makówka, Dominik Sutowicz i Dorota Wójcik. Wszyscy śpiewali z różnym skutkiem repertuar straussowski. Najlepiej jednak zaprezentował się balet, który równie dobrze nie tańczył od czasów legendarnej Liliany Kowalskiej, a dziś pracuje pod kierownictwem jej wychowanka Dominika Muśki.

 


 

Dostrzegając mankamenty walentynkowych koncertów „pod publiczkę” we Wrocławiu i Łodzi, zdecydowanie opowiadam się za pełnospektaklowymi wieczorami z tej okazji. Taki właśnie zaproponowała Opera Śląska, dając Napój miłosny w kiepskiej reżyserii Karoliny Sofulak, z nic nie wnoszącym przeniesieniem akcji z malowniczej wioski do recepcji hotelowej, co wytworzyło bałagan z jakimś kotem, spadochroniarzem, graniem w bilard i śpiewaniem o żniwach w hotelowym wnętrzu. Było też kilka lepszych pomysłów, jak choćby Nemorino czyszczący buty i w duecie z Belcore gimnastykujący się wśród żołnierzy.

 

Andrzej Lampert wprost urodził się do tej roli, ale u pani Sofulak jest nie zakochanym wieśniakiem, a hotelowym boyem, śpiewającym pięknie i kochającym namiętnie. Jako sierżant Belcore z powodzeniem wystąpił Stanisław Kufluk. Dulcamarą był niezrównany Adam Woźniak, którego nie podejrzewałem o talent komiczny, dawkowany z kulturą i umiarem. Adinę popisowo śpiewała Gabriela Gołaszewska mając wszystko, co potrzebne w tej roli, a więc piękny głos, lekkość sceniczną i młody wiek kreowanej bohaterki.

 

Dobrym pomysłem w antrakcie był występ Wojciecha Giebuta, krakowskiego dziennikarza i znawcę win. Okazuje się, że ten przystojny i elokwentny osobnik posiada także rozległą wiedzę w dziedzinie opery. Szkoda, że nie zasugerował dyrektorom polskich teatrów operowych, aby spektakle komediowe śpiewać jednak po polsku, a nie po włosku, co podniosłoby ich atrakcyjność dla widzów i jakość scenicznej wesołości. Ze swej strony dodam, że koniecznie trzeba jak najdłużej trzymać w Bytomiu kwartet Gołaszewska – Lampert – Kufluk – Woźniak, aby śląska publiczność mogła się nimi nacieszyć, zanim pokusy ze świata zwyciężą nad ich przywiązaniem do dobrze prowadzonego teatru.

 

Na zakończenie – już nie z powodu Walentynek – telefon z Częstochowy. Pan Miron Pietras (nie jesteśmy spokrewnieni !), który gromadzi wokół siebie operomanów spod Jasnej Góry, spotykających się w dobrze prowadzonym klubie „Gaude Mater” zawstydził mnie, że w poprzednim felietonie wymieniłem nazwisko Grace Bambry, a nie Leontyne Price, której fragmenty ról i wspomnienia oglądaliśmy w filmie o Metropolitan Opera.

 

Niemal wszystko co piszę na użytek moich zacnych czytelników czerpię prosto z głowy. Tym razem pamięć zacięła się na chwilę i pomyliłem te dwie wielkie ciemnoskóre gwiazdy. Przepraszam, to się więcej nie powtórzy!

                                                                           Sławomir Pietras