Pojedynczy błąd, a publiczny rachunek

Opublikowano: poniedziałek, 01, luty 2021 07:45
Pietras Sławomir

Mariusz Kwiecień z powodu – jak powiada – problemów z kręgosłupem zakończył karierę sceniczną. Karierę ogromną, wspaniałą, intensywną od Covent Garden po Metropolitan. Schodząc ze sceny przedwcześnie mógł zapewne kontynuować karierę wokalną na estradzie i w przemyśle fonograficznym, bo to mniej fatyguje kręgosłup i mniej zagraża wypadnięciem dysku. Wybrał jednak propozycje bycia dyrektorem artystycznym polskiego teatru operowego, co jeszcze bardziej obciąża kręgosłup (o czym wiem, jak nikt inny).

 

Zamysł ten powitałem z entuzjazmem i nadzieją, znając i ceniąc Mariusza od debiutu u nas w Poznaniu, potem obserwując rozwój jego postępów repertuarowych, począwszy od Don Giovanniego, Eugeniusza Oniegina, Don Pasquale, aż po Króla Rogera, który z pewnych względów mógł mu „zaszkodzić na kręgosłup”. Nie mówiąc już o dramatycznym Makbecie i Jagonie, o czym niejednokrotnie marzył zwierzając się publicznie swym, jakże lirycznym barytonem.

 

Pozostała delikatna kwestia, ile może zarabiać początkujący dyrektor artystyczny opromieniony wprawdzie karierą sceniczną, ale startujący w profesji wymagającej skrajnie innych umiejętności. „Mam wiele do powiedzenia w operze – oświadczył u progu nowych zadań. – Zdobyłem doświadczenie w największych operach świata. Mam także wielu wspaniałych przyjaciół, śpiewaków, reżyserów i dyrygentów, których z przyjemnością zaproszę do Wrocławia”.

 

O naiwności! W moim przypadku – odwracając sytuację – po zdobyciu doświadczenia w kierowaniu teatrami żałuję, że „mając wiele do powiedzenia w operze” nie zacząłem śpiewać. Dysponuję bowiem również barytonem (dramatycznym!). Ale nikt nie chciał zapłacić mi 3.000.000, a co więcej, nie znalazł się ktoś, kto chciałby tego śpiewu słuchać.

 

Kontrakt na trzy miliony złotych na trzy sezony (to ponad 60 tys. miesięcznie) jest przysłowiowym gwoździem do trumny, w której złożono wizerunek Mariusza Kwietnia. Minęło już pół roku obowiązywania kontraktu, a o jakiejkolwiek nowej produkcji ani słychu. W ostatniej chwili odwołano premierę Carmen (nie wypłacając realizatorom całości honorarium), a zapowiadana Tosca Don Carlos nie zwiastowały jakiegokolwiek mistrzostwa świata.


 

Z nowym wcieleniem Mariusza Kwietnia upatrywałem pewne historyczne skojarzenie. Przed kilkudziesięciu laty dyrekcję Opery Wrocławskiej sprawował Jerzy Garda, też wybitny baryton z międzynarodową karierą. Umierając na tym stanowisku w wieku lat 48 miał za sobą sensacyjną realizację Złotego kogucika Parię, w której zdążył zaśpiewać partię Dżaresa.

 

Obecnie przed będącym jego rówieśnikiem Mariuszem Kwietniem otworzyła się wspaniała perspektywa artystycznego pokierowania teatrem o wielu wspaniałych, historycznych już dokonaniach, ale w ostatnich latach będącym terenem niejasnych machinacji finansowych, przekrętów i działań na granicy prawa. Zamiast nawiązać do ideałów swego wielkiego barytonowego poprzednika, nasz młody dyrektor artystyczny zaczął od zawarcia kontraktu, którego wysokość nie mieści się w głowie, w żadnej polskiej, ale również zagranicznej łepetynie.

 

Wiążąc Mariusza Kwietnia z Operą Wrocławską popełniono błąd w myśleniu na temat jego roli w budowaniu świetności tego teatru. Wspaniała przeszłość artystyczna powinna oczywiście wspierać jego autorytet na nowym stanowisku. Ale podstawą działań dyrektora artystycznego powinny być nie sprawy impresaryjne, uczenie śpiewu, zabiegi promocyjne, czy zapraszanie do Wrocławia „wspaniałych przyjaciół”, ale przede wszystkim wizja i koncepcja repertuaru, jakość kadry scenicznej, precyzyjny plan prób i spektakli, nieustanna kontrola dyscypliny przygotowań i przebiegu spektakli oraz bezkompromisowa dbałość o poziom artystyczny.

 

Wszystko to znajduje się w kręgu możliwości tego wybitnego artysty, jeśli wszakże dojdzie do rozsądnej korekty niefortunnego kontraktu, który – i owszem – zaspokajałby finansowe marzenia, ale jeszcze bardziej niż śpiewanie na scenie, nadwyręża kręgosłup moralny i uczciwość artystyczną jego posiadacza. Wrocławski kontrakt Mariusza Kwietnia to sprawa bardzo trudna, bezprecedensowa i nie do zaakceptowania zarówno w sensie prawnym, jak i obyczajowo-etycznym. Pochylam się nad nią w głębokiej i szczerej trosce o dobre imię tego nadzwyczajnego artysty.

 

Zawsze kiedy jawi mi się trudny problem, sięgam do mądrości Zofii Kucówny, zawartej w jej wspaniałej książce Szara godzina. Oto co napisała na str. 80 nie wiedząc, jak bardzo jej słowa potrzebne będą w myśleniu o Mariuszu Kwietniu: „Trwam w przekonaniu, że nie wolno człowieka i jego czynów oceniać na podstawie pojedynczego błędu, ale należy ten błąd zsumować ze wszystkimi chwalebnymi czynami, jeśli ich dokonał, i wtedy dopiero wystawić mu publiczny rachunek”. 

Na razie, to byłoby w tej sprawie na tyle…

                                                              Sławomir Pietras