Gerard Wilk opisany

Opublikowano: poniedziałek, 21, październik 2019 06:53
Pietras Sławomir

Zofia Rudnicka jest jedną z niewielu postaci sztuki tańca, która – jak się okazało – umie trzymać pióro w ręku. Nie tylko. Swą opowieść o Gerardzie Wilku skonstruowała fascynująco, zręcznie przytaczając wypowiedzi wielu ludzi z jego otoczenia. Ale tylko tych, którzy mieli do powiedzenia coś konkretnego, ciekawego a często nieznanego z bogatego życiorysu, dokonań i kariery najbardziej adorowanego przez publiczność polskiego tancerza drugiej połowy XX wieku. 

 

Nie mogłem oderwać się od tego tekstu zwłaszcza, że z jego bohaterem miałem kiedyś wiele do czynienia. Moja ciotka mieszkająca w Gliwicach przy ul. Wieczorka w sąsiedztwie państwa Wilków, poprosiła mnie kiedyś abym zaświadczył, że ich młodszy syn rzeczywiście zrobił za granicą oszałamiającą karierę, a paczki, prezenty i pieniądze które przysyła rodzinie, są tego konsekwencją, a nie – broń Boże – jakiś machlojek, geszeftów, czy innych niegodziwości. Zrobiłem to z ochotą opowiadając kwieciście o jego sukcesach, a ciotka miała potem darmowe prężenie firan, bo tym zajmowała się urocza pani Jadwiga, matka chluby polskiego baletu.

 

W latach siedemdziesiątych, gdy tylko przyjechałem do Paryża Andrzej Glegolski i Gerard Wilk zabierali mnie na niezapomniane włóczęgi po nocnych klubach prosząc, abym opowiadał o Domu Artystów Weteranów Scen Polskich. Gerard opowieści te po prostu uwielbiał.

 

W dniach obchodów 200. lecia baletu w Polsce obaj z Piotrem Nardellim poprosili mnie o wspólną wizytę w Skolimowie, aby odwiedzić starsze koleżanki, ale przede wszystkim Irenę Jedyńską, legendarną tancerkę zespołu Diagilewa, ich profesorkę z warszawskiej Szkoły Baletowej.

 

Pojechaliśmy obładowani trudnymi wtedy do zdobycia łakociami, które artyści zakupili w Peweksie, a ja u Bliklego. Jedyńska przyjęła nas serdecznie, ochoczo siadając z bejartowskimi gwiazdami na dywanie. Po wizycie oni szarmancko wstali, a nestorkę trzeba było solidnie podźwignąć, rzekomo pod ciężarem zasług dla sztuki tańca.

 

Tydzień później dostałem donos, podpisany przez grupę artystek dramatycznych mieszkających w Skolimowie na tym samym piętrze co Jedyńska: „ Proszę przyjąć do wiadomości – pisały rozgoryczone – że po wyjeździe Panów, ciastka, czekolady, a nawet wina i bombonierki zostały – bez poczęstunku – sprzedane nam przez Jedyńską i inne mieszkające tu tancerki, po wygórowanych cenach, mimo 200. lecia baletu w Polsce.


W latach dziewięćdziesiątych znając marzenia Gerarda o reżyserii operowej, zaprosiłem go do Warszawy. Po przyjeździe dowiedział się, że mam w planie francuskojęzyczną realizację Werthera Julesa Masseneta. Po konsultacji z zaprzyjaźnioną Anną Bessand Massenet – wnuczką kompozytora, postanowiłem zaproponować Wilkowi reżyserię tego przedstawienia, czego – jak się okazało – z napięciem oczekiwał. Poprosił, aby scenografem był jego francuski przyjaciel Jean Jacques Le Corre. Powstał piękny spektakl, którego niestety już nie widziałem z powodów, które najlepiej znał ówczesny nieszczęsny minister Kazimierz Dejmek. Natomiast ja dowiedziałem się wtedy o okrutnej, szybko postępującej chorobie Gerarda.

 

W rok później na cmentarzu Pere Lachaise żegnałem go w imieniu polskiego środowiska baletowego mową tym trudniejszą, że w języku francuskim, wobec licznych przybyszów z całej Europy, aby wiedzieli czym dla nas była strata tego wielkiego artysty, wspaniałego tancerza i serdecznego przyjaciela.

 

Urnę z prochami odebrał Jean Jaques Le Corre i egoistycznie uniósł ją do swej posiadłości w La Piserot, gdzie dotąd się znajduje. Tak więc nie można zapalić świeczki na grobie Gerarda w Polsce. O tej delikatnej sprawie Zofia Rudnicka nie wspomina w swej książce, ale dla wielu z nas nie jest to sprawa zamknięta.

Zofia Rudnicka ofiarowała Gerardowi pośmiertny dar przyjaźni, pamięci, wspomnienia i interesujące omówienia jego dzieciństwa, młodości, lat szkolnych, kariery i popularności w Polsce, wielkich sukcesów niemal na całym świecie, niezwykłości zatańczonego repertuaru, działalności pedagogicznej, kontaktów towarzyskich, zainteresowań pozabaletowych i życia osobistego.

 

Pani Zofio! Z takim talentem, fantazją i znajomością rzeczy, należy zająć się kolejnymi postaciami, którzy istnieją już tylko w coraz bardziej zawodnej pamięci ludzkiej i coraz bardziej rozproszonych dokumentach.

Gerard Wilk został wspaniale opisany. Teraz kolej na Witolda Borkowskiego, Jerzego Gogóła, Zbigniewa Kilińskiego, Witolda Grucę, Zbigniewa Koryckiego, Stanisława Szymańskiego, Eugeniusza Jakubiaka, Bronisława Kropidłowskiego, Feliksa Malinowskiego i Ireneusza Wiśniewskiego.

 

Sami mężczyźni, bo niemal wszystkie mistrzynie polskiego baletu nadal żyją, i … oby jak najdłużej!.

                                                                  Sławomir Pietras