Tokio, Bejart i Nardelli

Opublikowano: poniedziałek, 24, listopad 2014 10:13
Pietras Sławomir

W dzieciństwie rodzice zaprowadzili mnie na Madama Butterfly. Nie był to spektakl dla dzieci. Oficer marynarki amerykańskiej udając zaślubiny uwiódł piętnastoletnią gejszę, zrobił jej dziecko i odpłynął. Po kilku latach wrócił aby je odebrać. Zrozpaczona Butterfly (Pani Motyl, tak ją nazywano) popełniła samobójstwo.

Wkrótce już sam zacząłem wracać na to przedstawienie. Zadziwiała mnie łzawa historia z genialną muzyką Pucciniego i wspaniałym śpiewem protagonistów. Ale nie tylko. Rolę gejszy kreowały zwykle trzy, a nawet czterokrotnie starsze matrony, często tłuste, mizdrzące się do publiczności, partnerów scenicznych i samych siebie, co w ich mniemaniu stanowiło tzw. koloryt lokalny. Japońszczyznę zdominowała tu muzyka włoska, a niezamierzony komizm ilustrowała - śpiewana wtedy po polsku - taka oto scena:

Oficer: A lat masz ile? Gejsza: Niech pan odgadnie. Oficer: Dziesięć (wybuch śmiechu na widowni). Gejsza: To za mało. Oficer: Dwadzieścia. Gejsza: To za wiele… dziś lat piętnaście kończę. Smutna rzecz, starą być! (śmiech przeciągły i do rozpuku).

Z takim bagażem japońszczyzny leciałem do Tokio na 50 rocznicę prapremiery IX Symfonii Beethovena w choreografii Maurice Bejarta, zaplanowanej na 8 listopada. Jej pierwsze wykonanie odbyło się w Cirque Royale w Brukseli. Jeszcze za życia Bejarta japoński impresario Tadatsugu Sasaki i właściciel największego w Japonii zespołu Tokyo Ballet zapewnił sobie licencje na eksploatacje najlepszych dzieł francusko-belgijsko-szwajcarskiego choreografa. Zwłaszcza tych, wymagających dużej obsady wykonawców.

Właśnie dlatego w stolicy Japonii uczczono półwiecze widowiska wołającego gromkim głosem o równość dla wszystkich ludzi świata, wyrażonego słowami Narodzin tragedii Nietzschego (prolog), Odą do radości Schillera, muzyką IX Symfonii Beethovena i choreografią Maurice Bejarta. W głębi olbrzymiej sceny NHK Hall rozmieszczono orkiestrę Filharmonii Izraelskiej, po bokach na podestach ustawiono 130. osobowy chór Ritsuyukai, złożony wyłącznie ze śpiewaków japońskich.

 


 

Jednocześnie z podniesieniem kurtyny na środku olbrzymiej przestrzeni do tańca spotkali się dyrygent Zubin Mehta i Gil Roman – dyrektor Bejart Ballet Lausanne. W milczeniu podali sobie ręce, po czym pierwszy podążył do pulpitu w głębi, a drugi pozostał, aby wygłosić tekst Nietzschego z pamięci, wspaniale interpretując mimo, że to przecież artysta baletu.

Potem nastąpiły cztery części Symfonii tańczone przez połączone zespoły Lausanne i Tokyo Ballets. Tańczone na najwyższym poziomie pracy zespołowej, mistrzostwie solistów, nienagannej precyzji i wierności przekazu choreograficznego oraz detali bejartowskiego stylu. Duma rozpierała nasze piersi, że dokonał tego wybitny polski fachowiec Piotr Nardelli, kiedyś tancerz, potem asystent Bejarta, a następnie autoryzowany rekonstruktor jego twórczości. Niemilknące owacje po spektaklu adresowane były głównie do niego. Gromkie brawa otrzymali również wielonarodowi artyści baletu z Lausanny, tancerze japońscy z Tokio (tutaj nie zatrudnia się cudzoziemców), muzycy z Tel Avivu (wśród których było wielu świetnych instrumentalistów mówiących po rosyjsku), doskonały kwartet solistów śpiewaków, z których największe wrażenie wywarł młody bas Alexander Vinogradov.

No i bezdyskusyjna gwiazda wieczoru, wielki hindusko-izraelski dyrygent Zubin Mehta, wydobywający z muzyków i śpiewaków idealną interpretację muzyki geniusza klasycyzmu wiedeńskiego, inspirującą, ponadczasową, ciągle uskrzydlającą choreografię największego maga tańca XX wieku.

Długo mówiliśmy o tym, goszcząc na uroczystym obiedzie Piotra Nardellego. Agencja Grand Tour promuje bowiem przede wszystkim zagraniczne osiągnięcia artystów polskich, o których ciągle zbyt mało słychać w Ojczyźnie.

Tym, którzy mieli szczęście zobaczyć IX Symfonie Bejarta w przekazie choreograficznym Nardellego, pod muzyczną dyrekcją Mehty, wykonaną przez 300 artystów w mieszczącej ponad 3000 miejsc widowni tokijskiej nowoczesnej i luksusowej NHK Hall, Japonia przestanie na zawsze kojarzyć się z Madama Butterfly, nie mówiąc już o nieistniejącym w rzeczywistości śledziem po japońsku.

                                                                             Sławomir Pietras