Balet na inaugurację operowego sezonu

Opublikowano: poniedziałek, 28, wrzesień 2026 06:34
Pietras Sławomir

Od pewnego czasu w tych większych i prężniejszych teatrach operowych otwarcie każdego sezonu odbywało się dzięki uroczystemu Wieczorowi Galowemu, na którym zapowiadano przede wszystkim nadchodzące premiery, ale również inne wydarzenia, wzbogacające atrakcyjność zaplanowanego repertuaru. Nieskromnie wspomnę, że zwyczaj ten entuzjastycznie zaakceptowała publiczność łódzka, ale przyjął się również we Wrocławiu, Warszawie, a zwłaszcza w Poznaniu.

 

Powiem, jak to robiłem ja inaugurując swoją dyrekcję, a potem na początku każdego sezonu zachwalając nadchodzące pozycje repertuarowe, wychodząc przed kurtynę między ich fragmentami i zjednując sobie publiczność. Towarzyszyła przy tym możliwie duża liczba solistów związanych ze swym Teatrem stałymi kontraktami, a czasem również gwiazdy operowe zaproszone do nas w rozpoczynającym się sezonie na gościnne występy.

 

Obecnie nie mogła sobie na to pozwolić Opera Narodowa ponieważ pozbyła się solistów na stałych kontraktach, a operowe gwiazdy zagraniczne są drogie i nie zawsze lepsze od czołowych polskich śpiewaków.

 

Ale ostatecznie wybrnięto zręcznie z tego impasu. Postanowiono zaprezentować fragmenty baletowe dotychczasowego repertuaru, oraz popisy solistów baletu aż z La Scali, Opery Paryskiej i Covent Garden. Nie będę wymieniał ich nazwisk, bo nie tańczyli lepiej niż czołówka Polskiego Baletu Narodowego, wśród której jest zresztą też wielu cudzoziemców, zwabionych repertuarem, poziomem pracy i odbiorem publiczności, aby pracować w Warszawie.

 

Tak więc słynne adagio i wariacje z drugiego aktu Giselle Adama zatańczyli perfekcyjnie Jaeeun Jung (tytułowa) i Ryota Kitai (Albert), a nie mniej atrakcyjne pas de deux z Don Kichota Minkusa – Mai Kageyama (Kitri) i Bogdan Verbovoy (Basilio). Podałem w nawiasie przy każdej tańczącej postaci nazwisko bohatera, aby czytelnik wiedział kto chłopczyk, a kto dziewczynka, bo w Polskim Balecie Narodowym łatwo o pomyłkę.


Osobny sukces odniosły sceny zbiorowe w wykonaniu tancerek i tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. Na początku Gali po podniesieniu kurtyny ujrzeliśmy uroczą dekorację do Bajadery Minkusa, na której tle precyzyjnie dobrane 24 tancerki zespołowe ukazywały się w rzędzie kolejno na scenie, po czym z idealną precyzją wykonywały zespołowy taniec cieni, szczytowe osiągnięcie historycznej choreografii Minkusa, co stawia polski balet w czołówce światowej, mimo nazwisk utrudniających rozróżnianie płci.

 

Takiego problemu nie było w finałowej prezentacji Bolera Ravela przez niemal cały zespół choreografii Krzysztofa Pastora. Przy tak rewelacyjnych osiągnięciach przy realizacji repertuaru i tak wysokim poziomie jego wykonania, trudno i niepotrzebnie czepiać się – jak to u nas – nieistotnych szczegółów i detali.

 

Dotyczy to nietypowo zespołu, ale także dwójki solistów Chinara Alizade (dziewczynka) i Vladimira Yaroshenko (wiadomo), gwiazd baletu zwycięsko porównywanych z najlepszymi w Europie. To samo można powiedzieć o choreografiach Krzysztofa Pastora, o czym głośno za granicą, ale niechby również w Ojczyźnie jak najczęściej mówiono i pisano, oglądając jego twórczość sceniczną jak dotąd w Warszawie, Bydgoszczy i Poznaniu.

 

Katarzyna Sanocka, która z boku sceny prowadziła Galę (z tą urodą dałbym ją na środek!), absolwentka Warszawskiej Szkoły Baletowej w stanie spoczynku, ale za to znana dziennikarka wprowadziła publiczność w błąd informując, że Krzysztof Pastor jest wychowankiem Conrada Drzewieckiego. Owszem, pracował z nim kilka sezonów, ale już wychowany przybył do Polskiego Teatru Tańca z Gdańska, gdzie uczył go Piotr Szulc i sama Janina Jarzynówna-Sobczak. Zresztą zapytajcie go sami…

 

Skoro mowa o sprostowaniach, to proszę cofnąć się trzy numery wstecz do felietonu, w którym wymieniałem nazwiska kilku wybitnych ukraińskich solistów baletu, w tym Jewgienię Jerszową, która po zakończeniu kariery okazała się wybitnym pedagogiem, wykształciła szereg polskich tancerzy i pozostała u nas. Złośliwy chochlik dziennikarski zrobił z niej mężczyznę o nazwisku Jewgienij Jerszow, co zabrzmiało podobnie, ale nie tak samo.

 

Pani Profesor! Przepraszam, jeszcze raz przepraszam i pozdrawiam najserdeczniej.

                                                                     Sławomir Pietras