W ostatnich latach zwiększyła się w Polsce liczba scen operowych. Opera Królewska w Warszawie, Opera w Lublinie, czy nie będącą przecież staruszką Opera Podlaska w Białymstoku. Wszystkie one zatrudniają profesjonalnych śpiewaków w dwóch kategoriach, solistów i artystów chóru. Jeśli doliczyć do tego znaczną liczbę wokalistów śpiewających w teatrach musicalowych (bo operetki póki co wytępiono), otrzymujemy obraz rosnącego rynku pracy dla artystów dysponujących talentem, potencjałem wokalnym i tego typu wykształceniem.
O paradoksie, najlepszą sytuację pracowniczą mają artyści zespołowi. Aby utrzymać stały repertuar i ciągłość działalności musi funkcjonować zespół artystów chóru w każdym teatrze muzycznym, począwszy od kilkudziesięciu śpiewaków (w operze), a chociażby kilkunastu w musicalu. We wszystkich przypadkach musi to być zatrudnienie etatowe, bo inaczej nie utrzyma się wypracowanego repertuaru i rytmu pracy.
Takiego rygoru – okazało się – w czasie poszukiwania oszczędności za wszelką cenę – można by nie stosować wobec solistów. Zdublowane obsady, częste przestoje w inaczej obsadzanych spektaklach, wreszcie problemy zdrowotne i wiekowe, a nawet gościnne występy odbierające śpiewanie etatowym solistom – oto powody powstawania w niektórych głowach konceptu, aby solistom nie proponować etatów, a już zatrudnionych pozbywać się przy lada okazji proponując do poszczególnych ról zatrudnienie na umowie – zlecenie (odbycie spektaklu, przyjęcie gaży i do domu…) To wcale nie przyszłościowy zamiar. Już od kilku sezonów zaczęto to robić.
Zaczęło się od Teatru Wielkiego w Warszawie. Za moich czasów pracowało tam na etatach kilkudziesięciu solistów. Teraz jest ich ponoć zaledwie kilkunastu. Kiedy opuszczałem Teatr Wielki w Poznaniu zespół etatowych solistów liczył dokładnie 42 śpiewaków. Było to podyktowane koniecznością zabezpieczania obsad około 30 spektakli granych miesięcznie, przy pełnej frekwencji od wtorku do niedzieli a nie – jak obecnie – niecałe 10 przedstawień w całym miesiącu.
W tym miejscu pragnę przypomnieć, że edukacja śpiewaka – solisty wcale nie kończy się na dyplomie konserwatorium. Tak na prawdę ona rozpoczyna się po zawarciu kontraktu (umowy o stałą pracę) z teatrem, gdzie na co dzień soliści pracują z pianistami – korepetytorami, chodzą na zajęcia z tańca i ruchu, uczestniczą w próbach reżyserskich, obserwując treningi bardziej doświadczonych i wyedukowanych kolegów, a po drodze chłonąc atmosferę teatralną, tę między sceną, pracowniami scenograficznymi, bufetem i widownią.
Oderwanie sytuacji pracowniczej solistów-śpiewaków od codzienności warsztatu pracy, jakim dla debiutantów w zawodzie (ale nie tylko) jest teatr, jego siedziba, zespół, kontakty z realizatorami, stanowi groźbę mało widoczną, ale tym bardziej niebezpieczną.
Chodzi przecież – powie ktoś – o niewielką grupę protagonistów, którą etatowo – regularne wykorzystanie w repertuarze jest wprost niewykonalne. Niemożliwe jest zagranie tym samym składem solistów Czarodziejskiego fletu i Parsifala, Aidy i Sprzedanej narzeczonej czy Strasznego dworu i Diabłów z Loudun.
W teatrze repertuarowym (a opera do takich należy) równomierne eksploatowanie solistów jest wprost niemożliwe. Kiedy jedni śpiewają swojego – Mozarta, inni czekają na swoją kolejkę z Verdim czy Moniuszką siedząc w bufecie, pełnym narzekań na nieudolność dyrekcji.
Wystawianie solistów poza nawias instytucji, która niemal przed czterema wiekami powstała właśnie z myślą o nich, jest przejawem krótkowzroczności nieznajomości podstawowych potrzeb tej profesji, a przede wszystkim pseudo oszczędzaniu, które może okazać się zagładą!
Żyjemy w kraju, w którym nawet śpiewacy mogą walczyć o swój los, sytuację zawodową i należne im prawa. A kiedy je znów wywalczą, znów zbiorą się w teatralnych bufetach aby ustalić, o co by tu dalej powojować. Ja podpowiadam, że przede wszystkim o zwyżkę formy wokalnej. Oni zaś – jak to się dzieje od niepamiętnych czasów – jakby tu wywalić aktualnie urzędującego dyrektora.
Sławomir Pietras