Wybitny polski król Kazimierz Wielki, wybitny kompozytor Fryderyk Chopin. Trudno o porównanie tych dwóch narodowych wielkości, jednak spróbujmy. Król nie grał na fortepianie, bo w średniowieczu fortepianów jeszcze nie było. Oficjalnie miał cztery żony. Mniej oficjalnie kilkakrotnie więcej kochanek, a nieoficjalnie przelotne romanse w miastach, a było ich blisko sto pięćdziesiąt, o których rozwój osobiście dbał. Z tych związków zrodziło się wielu potomków z tzw. nieprawego łoża, to znaczy niemogących dziedziczyć korony. Kiedy król zorientował się w nieposiadaniu prawowitego następcy, usiłował usynowić swego wnuka Kazka Słupskiego. Ale i to nie uratowało dynastii piastowskiej, która na Kazimierzu Wielkim zakończyła panowanie.
Chopinowi naliczono zaledwie pięć narzeczonych, ale i tak sprawa jest mocno naciągnięta. Z Konstancją Gładkowską do niczego nie doszło, bo kilkunastoletni wtedy Fryderyk bardziej interesował się Tytusem Wojciechowskim. W kilka lat później mówiono zagranicą o zaręczynach z Marią Wodzińską, ale Chopin o wiele dłużej miał do czynienia z jej hulaszczym bratem Antonim. Romans z Delfiną Potocką od dawna postrzegany jest przez biografów jako fikcja. Natomiast uroda i kobiece kwalifikacje Angielki Jane Stirling bardziej nadawały się na pielęgniarkę niż nałożnicę i Chopin odganiał się od niej jak od muchy. No i wreszcie dziesięcioletni związek z George Sand. Skandalizująca pisarka z bogatą przeszłością, awanturniczym życiem rodzinnym, nadopiekuńcza i dominująca, paleniem fajki sugerująca zbyt małą różnicę płci z anemicznym i nadwrażliwym Chopinem, aby mieć nadzieję na jakiekolwiek potomstwo. To ona zaziębiła naszego geniusza na Majorce, w konsekwencji skracając mu życie, czego nie zapomnieliśmy jej nigdy.
Obecnie z okazji rocznicy powstaje co najmniej tuzin baletów na bazie chopinowskich niedorzeczności erotycznych, co jest swoistym zalewem choreograficznej grafomanii. Natomiast w sztuce polskiej jedyną pamiątkę aktywności matrymonialnej Kazimierza Wielkiego stanowi mezzosopranowa aria z Rokiczany, nieukończonej opery Stanisława Moniuszki, zaczynająca się od słów „Gdy będę królową”...
Po siedmiu wiekach umiędzynarodowiona miłość do muzyki Chopina działa na niekorzyść naszego wybitnego króla, o którym mówimy, że zastał Polskę drewnianą, a po trzydziestu siedmiu latach panowania zostawił murowaną. Ale nie tylko. Podwoił liczbę miast i otoczył je murami obronnymi. Uporządkował i stworzył nowe statuty, prawa ziemskie i gospodarcze. Ufundował Akademię Krakowską, która stała się drugim uniwersytetem w Europie. Dokonał wielu reform państwowych, zwiększył dochody królestwa, zbudował około pięćdziesięciu zamków obronnych, rozbudował Wawel, lokował kilkaset nowych wsi. Prowadził wieloletnią, skomplikowaną grę dyplomatyczną z Krzyżakami i Czechami. W sojuszu z Węgrami uprawiał korzystną dla Polski politykę wschodnią. Podróżował, miał autorytet w ówczesnej Europie, żenił się kolejno z Anną, Adelajdą, Krystyną i Jadwigą, różnej maści księżniczkami i córkami mieszczan. Był mądry, władczy, łaskawy i tolerancyjny. Do legendy przeszłajego dbałość o mniejszości narodowe, a zwłaszcza Żydów, jako że kochał się w pięknej Esterce.
Trudno porównywać wierzbę płaczącą z dębem Bartkiem. Kompozytor i król to postacie bardzo różne, ale mające jedną cechę wspólną: byli wielkimi Polakami. Dzieli ich dystans wynoszący dokładnie pięćset lat i dwa miesiące. Od urodzenia pierwszego z nich do dziś upłynęło siedemset szesnaście lat losów narodu, z którego pochodzą. Jeśli chodzi o pamięć w oczach świata, wygrał jednak kompozytor. Ale o królu, już za życia nazywanym Wielkim, także powinniśmy pamiętać.
Sławomir Pietras