Taki tytuł pojawił się w niedawnym numerze białostockiego Kuriera porannego i wprawił mnie w osłupienie. Chodzi o Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki od kilku sezonów remontowany, co nadzorował dotychczas pełniący obowiązki dyrektor Ireneusz Gliniecki. Miejmy nadzieję, że czynił to lepiej, niż udziela wywiady (również niemrawej red. Urszuli Śleszyńskiej). Oboje usiłowali okazać wdzięczność Komisji Konkursowej i Sejmikowi Podlaskiemu za dyrekcyjną nominację na 5 lat obiecując, że „będzie fajnie” i że (cytuję) - „menadżer może zarządzać teatrem. Mam pięć lat, żeby to udowodnić” – deklarował ucieszony i dumny Ireneusz Gliniecki.
Co miał na myśli kolejny kandydat na lidera teatralnego próbując uwierzyć, że wystarczy wygrać konkurs, dokończyć remont i zadowolić komplementami zespół aktorski (w zamian za tolerancję na stanowisku), aby wróciła publiczność, a krytycy ogłosili sukces.
Wielokrotnie już twierdziłem i udowadniałem, że konkursy na dyrektorów teatrów nie mają ani sensu (nie wyłaniają najlepszych), aż tu – zawarte w tytule twierdzenie – że „menadżer może zarządzać teatrem”.
A któż to ma czynić? Na dziesięć obecnie polskich scen operowych, aż pięcioma kierują kobiety, czterema - dyrygenci, a Operą Narodową - scenograf. Czystej wody manager rządzi Operą Śląską i tam rzeczywiście dzieje się dobrze. Dowodzi to, że można kierować teatrem z jakże różnych punktów widzenia, ale wspólnym mianownikiem tych działań powinien być zawsze punkt widzenia managera. Przyszło mi któryś tam z rzędu wyjaśniać sens priorytetu w kierowaniu teatrem, tym razem przy okazji sukcesu konkursowego nowego dyrektora Teatru Dramatycznego w Białymstoku.
Różne głupoty wygadywali moi starsi i młodsi koledzy, aby przekonać do siebie współpracowników i ewentualnych teatralnych bywalców. Ale z obietnicą zostania managerem i udowodnienia, że w ciągu pięciu lat tej roli z sukcesem pokieruje się teatrem, spotkałem się po raz pierwszy.
Tytuł dzisiejszego felietonu powinien brzmieć „Manager m u s i (!) zarządzać teatrem”, bez względu na to, czy jest kobietą, mężczyzną, dyrygentem, reżyserem (tu należy uważać!), scenografem (właśnie zobaczymy!), śpiewakiem (zwłaszcza śpiewaczką). Słowem kwalifikacje, cechy osobowościowe, wiedza, umiejętność współpracy z ludźmi, poruszanie się w ogromie zadań organizacyjnych, to właśnie zaledwie część problemów, od których powinien zaczynać, nad którymi powinien nieustannie pracować i dzięki którym powinien odnosić sukcesy każdy zwycięzca tych nieszczęsnych konkursów.
Sądząc po treści wywiadu nowego białostockiego dyrektora, zamierza on udowadniać coś, od czego od wieków zaczynamy tę działalność, niezależnie od tego, czy czyni to aktor, działacz, twórca teatralny, teoretyk, czy budowniczy scenicznej prawdy dla potrzeb widowiska.
Zawsze jednak podstawą jego teatralnej egzystencji jest zespół cech managera, w postaci wiedzy, umiejętności, gotowości działania, ciągłego zdobywania doświadczeń i doskonalenia kierowania tym wszystkim w dążeniu do odniesienia sukcesu.
Niechże czytelnicy wybaczą mi te spontaniczne refleksje na bazie białostockiego wywiadu, który zresztą niczego dobrego nie wróży. Myślę jednak przede wszystkim o tych dyrektorach teatrów operowych, którzy w nowym sezonie zaczną swą nową zawodową drogę. W Poznaniu, Łodzi, tymże Białymstoku i Polskim Teatrze Tańca.
W poznańskim Gmachu pod Pegazem trzeba będzie wykorzenić myślenie i działanie takie samo, jak zaprezentował w swym żenującym wywiadzie nasz nowy kolega z Białegostoku. W Łodzi czeka piramida problemów, za których pokonanie trzymamy kciuki, myśląc o losie nowego, ambitnego dyrektora. Białystok robi wrażenie, że należy obsadzać kierownicze stanowiska kadrą wychowaną u siebie. Jeśli będzie ona taka, jak „kolega Gliniecki”, to szansa na sukcesy operowe w Białymstoku są równe tym, co Halka po włosku i reżyserie Michała Znanieckiego.
Trudnym problemem jest przyszłość Polskiego Teatru Tańca. Jestem zwolennikiem tezy, że każdorazowo powinien kierować nim obiecujący twórca teatralny, choreograf, który dzięki sprawowanej władzy rozwinie skrzydła tak, jak to w swej epoce uczynił Conrad Drzewiecki, a potem jego następczyni – rekordzistka trwania – Ewa Wycichowska. Zamiast tego nieszczęsnego konkursu zaryzykowałbym publiczną debatę, ale nie nad zgłaszającymi się kandydatami (często doprawdy groteskowymi) ale postaciami z naszych pragnień, marzeń, obserwacji – które jednak przecież istnieją.
Póki co, niechże zapamiętają to wszyscy pochyleni nad losami instytucji artystycznych, że to właśnie manager musi rządzić teatrem bez względu na to, z czym przychodzi, o co mu chodzi i kim jest z pochodzenia.
Sławomir Pietras