Paryski fenomen Glegolskiego

Opublikowano: poniedziałek, 08, czerwiec 2026 07:09
Pietras Sławomir

Tak się potoczyły polskie losy, że – zwłaszcza od XIX stulecia – sławni Polacy znajdowali pied-à-terre w Paryżu. Tu lata całe rezydowali Kościuszko, Czartoryski, Mickiewicz, Słowacki, Chopin, a potem, już w XX wieku, Skłodowska-Curie, Artur Rubinstein i Sławomir Mrożek. Jeśli chodzi o artystów, po II wojnie światowej kursy mistrzowskie u Nadii Boulanger odbywała cała plejada polskich kompozytorów, a w dziedzinie tańca, po czasach Krzesińskiej, Niżyńskiego i Wójcikowskiego, paryską obecnością reprezentowali Polskę Sawicka, Wenta, Bulder, Drzewiecki i Kujawa. W ostatnich dekadach dosłownie zaroiło się tu od polskich tancerzy, uchodźców lub uciekinierów z PRL-u. Mazurówna, Malinowski, Strzelbicka, Janaszak, Sikorska, Blajer, Morawiec – oto tylko niektórzy. Mimo doskonałego wyszkolenia zawodowego ich kariery toczyły się ze zmiennym szczęściem. Występowali w różnych zespołach, często na prowincji lub na zagranicznych tournée, w renomowanych paryskich kabaretach, co wcale nie przynosiło ujmy, a wręcz przeciwnie.

 

Jedynie Andrzej Glegolski w trudnym paryskim świecie tańca zajął pozycję wybitną i pierwszoplanową. Po dyplomie warszawskiej Szkoły Baletowej, krótkim stażu w stołecznym Teatrze Wielkim wyjechał na pięcioletnie studia w moskiewskim GITIS. Po ich ukończeniu znalazł się we Francji, najpierw jako solista zespołu Rolanda Petit w Marsylii, a potem już... wysoki, postawny, z grzywą jasnych włosów i słowiańską otwartością – zaczął tworzyć w Paryżu własną szkołę baletową. Pasją, talentem pedagogicznym, najwyższej klasy umiejętnościami, polskim wdziękiem i pracowitością przekonał do siebie baletowy Babilon stolicy Francji.

 

Branie lekcji u Glegolskiego z roku na rok oznaczało coraz większy prestiż i szanse na postępy w karierze. Firmowane przez niego gwiazdy zaczęły zajmować czołowe pozycje w zespołach baletowych od Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Skandynawii po Australię, Stany Zjednoczone, Amerykę Południową i Ballet du XXe Siècle Maurice Béjarta.

 

Każdy polski tancerz przychodzący do szkoły Glegolskiego uczestniczył w zajęciach bezpłatnie. Kiedyś zapytałem Profesora, czy nie jest zbyt kosztowna ta jego polska solidarność?


„Polskie tancerki mam również zwyczaj dokarmiać” – usłyszałem. „Proszę przyjść na lekcje popołudniowe. Daję je po zupełnie innych cenach zamożnym damom, szkolonym w trybie indywidualnym. Cykl kształcenia jest wydłużony do późnej starości, ponieważ chodzi tu nie o karierę, a tylko legitymowanie się w towarzystwie lekcjami w tej samej szkole, gdzie kursy mistrzowskie odbywają gwiazdy opery i soliści Béjarta. To stara, dobra tradycja w specyficznych gremiach paryskiej socjety. Zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczam na utrzymywanie Szkoły i wspieranie utalentowanych polskich artystów”.

 

Glegolski jest uwielbiany, oblegany i czczony. Nawet w środku wakacji, kiedy cały świat odpoczywa, w jego Szkole mieszczącej się w Studio Francettiego, tam gdzie przed laty codziennie ćwiczyła Makarowa, Nuriejew i Barysznikow, na każdej lekcji tańczy co najmniej trzydziestu tancerzy z całego świata.

 

Po zajęciach siedzimy na obiedzie u Weplera przy Placu Clichy i rozmawiamy o blaskach i cieniach egzystencji artystycznej na paryskim bruku. „Pamiętasz Stefana Wyszotyńskiego, takiego wesołego tancerza z Warszawy?” – mówi Glegolski. „On żył w Paryżu w biedzie wiele lat. Niedawno umarł”. A gdzie go pochowali? – zapytałem. „Kazał się skremować, a potem przyjaciele rozrzucili prochy; trochę po Montmartrze i brzegach Sekwany, na grobie Alfonsyny de Plesis zwanej Damą Kameliową, trochę koło mojego Studio, resztę na Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie – i w największej tajemnicy – po scenie Teatru Wielkiego, gdzie tańczył w młodości”.

 

Teraz wiem przynajmniej, dlaczego tak głośno zgrzytają urządzenia mechaniczne sceny podczas przesuwania dekoracji – pomyślałem.

                                                                            Sławomir Pietras