Nauczyli mnie w domu, że świństwa, niegodziwości i wszelkich okropności nie należy brać do ręki, ba – nawet spluwać na ich widok. Do nich należy książczyna (około 200 stron) Mein Kampf „Moja walka”, którą Hitler ukończył w roku 1926, odsiadując wyrok w twierdzy Landsberg. Było to osobliwe więzienie. Karmiono znakomicie, grała orkiestra, wydawano gazetę, a ordynans przynosił śniadania wprost do łóżek.
Celem napisania tej książki było – tak zaplanował autor – stworzenie faszystowskiej teorii dającej podstawę dalszej działalności NSDAP (Narodowo Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotników). Jej powstanie próbuje zaprezentować encyklopedię poglądów dostępne zarówno prostakowi, ale również tym, którzy rozeznają się w problemach naukowych, społecznych i politycznych. Chodzi tu o krajowe zjawiska wewnętrzne i zagraniczne rasizm, ekonomię, sprawy socjalne, propagandowe, historyczne, religijne, wychowawcze, a nawet problemy architektury, teatru, kina, literatury, czy … prostytucji.
Co to ma wspólnego – zapyta ktoś – z hasłem cyklu felietonów, w których były dyrektor teatrów operowych propaguje hasło „Wejście dla artystów”. Ano – powiem przewrotnie i prześmiewczo – Hitler namalował kilka obrazów, był wielbicielem twórczości Ryszarda Wagnera, nieustannie uczestniczył w nocnych przeglądach filmowych, wreszcie w młodości chwycił za pióro, aby napisać książkę. A więc był poniekąd… artystą!
Nie daj Boże kiedykolwiek zajmować się tego typu artystycznymi kreaturami. Gdyby zdążyły się ziścić do tragicznego końca ideały i poglądy zawarte w Mein Kampf, nie trzeba by było zajmować się tym wszystkim, bo już nie byłoby nas na świecie, ani naszej cywilizacji, ani naszych wrogów i przyjaciół.
Mało kto wie, że pierwsze i dotąd jedyne polskie tłumaczenie tej książki pochodzi z roku 1992 (!). Jest więc najwyższa pora, aby poskromiwszy emocje zastanowić się, jak doszło do największego barbarzyństwa w dziejach ludzkości, którego dokonał naród o wielowiekowej kulturze.
Po wielu wahaniach i przemyśleniach postanowiłem wypowiedzieć się o tej książce, prosząc o wyrozumienie czytelników i tolerancję dla siebie samego. Zadziwiające, że przebieg rozumowania i zastosowana narracja przywodzą zapewne literackie zabiegi autorów z początku ubiegłego stulecia, nie wyłączając rozumowania znanego nam z twórczości – nie przymierzając – takich pisarek, jak nasza Konopnicka czy Orzeszkowa.
Praca literacka aspirująca do zagłady cywilizacji jawi się jako miejscami rzewna opowieść najpierw o domu rodzinnym, następnie o latach wczesnej młodości w Wiedniu, zachwytach nad Monachium, w którym Hitler ukształtował swe poglądy polityczne i coraz bardziej palącą Niemców kwestią żydowską.
Potem była wojna światowa. „Trzeciego sierpnia wniosłem podanie do jego królewskiej mości Ludwika III o pozwolenie podjęcia służby w bawarskim pułku” – napisał młody Adolf z romantycznym uniesieniem demonstrując wolę walki przeciwko niemieckiemu „być , albo nie być”, żydowskiej hegemonii, panoszącemu się marksizmowi zagrażającemu klasie robotniczej, która budziła się wstępując masowo do służby dla ojczyzny. W ten sposób Hitler stał się nie tylko żołnierzem, ale na razie bezpartyjnym politykiem. Zaczął na serio interesować się propagandą, że powinna być narodowa i dostępna dla ludzi, do których jest adresowana. Wiązało się to z przewagą słowa głoszonego (przemówienia) nad słowem pisanym, w co święcie wierzył przyszły führer. Dlatego właśnie tak wcześnie zajął się kultem oratorskim, do którego wykazywał zresztą nadzwyczajne talenty.
Nastąpiły traumatyczne doświadczenia wojenne, odniesione rany i przeniesienie na niemieckie tyły, gdzie królowała nędza, gniew, rozgoryczenie i przekleństwa. „Kancelarie pełne były Żydów. Prawie każdy urzędnik był Żydem, prawie każdy Żyd był urzędnikiem”. Nadciągające niepowodzenia wojenne, strajk generalny, wielotematyczne spory ojczyźniane, partyjni najemnicy zdradzający naród, ferment w marynarce wojennej, perspektywa abdykacji Hohenzollernów i że Niemcy staną się wreszcie republiką oto powody, dla których w tej trudnej i zagmatwanej sytuacji Hitler postanowił zostać politykiem. Od tego czasu jego predylekcje oratorskie nabrały nowego wymiaru. „W trakcie moich przemówień setki – mało tego – tysiące kolegów zdołałem przywrócić narodowi i ojczyźnie”.
Po stu latach od napisania Mein Kampf, zgadzając się, że zawiera szereg hańbiących poglądów i informacji na użytek podłej propagandy, postanowiłem przypomnieć o jej istnieniu, zwłaszcza pokoleniom czytelników, które ocalały od zagłady, lub chociaż jej czasów, w których na szczęście nie zdążyły się urodzić.
Lepiej coś wiedzieć o biografii potwora, który zaczynał aż tak niewinnie! Patrząc na to, co dzieje się z Izraelem, niechże nikogo nie zwabią literackie frazy humanistyczne, czy idee będące niemieckimi odmianami patriotyzmu.
Sławomir Pietras