Najprościej niemal równoczesną projekcję tych filmów w paśmie „Kultura” można potraktować jako zbieg okoliczności. Ale postacie dwóch wybitnych polskich twórców, tematyka krążąca wokół zderzenia pokoleń oddziałujących na siebie wrażliwością, pojmowaniem świata, wieloletnią różnicą metrykalną, wreszcie narracja tych obrazów, stworzona przez Krzysztofa Zanussiego (Dotknięcie ręki 1992) i Andrzeja Wajdy (Tatarak 2009), daje wiele do myślenia.
Niemal sąsiadujące z sobą telewizyjne projekcje przypomniały, że Dotknięcie ręki Zanussi zrealizował w koprodukcji polsko-duńsko-brytyjskiej, mając w obsadzie tak interesujących aktorów, jak Lothaire Bluteau, Max von Sydow, Sarah Miks i Sofie Grabel, a w postaciach drugoplanowych również wybitnych Polaków: Aleksandra Bardiniego, Sławomirę Łozińską, Wiktora Zborowskiego i Beatę Tyszkiewicz.
Przypomnienie tego filmu przywołało pogląd, że wysoka pozycja Krzysztofa Zanussiego w świecie filmu, to nie tylko Barwy ochronne, Spirala, Struktura kryształu, Cwał, czy Iluminacja. Jego naturalną konkurencją w dziedzinie twórczości były rówieśne filmy Romana Polańskiego, Jerzego Skolimowskiego i Andrzeja Wajdy. W tym gronie Zanussi wyróżniał się twórczością psychologiczną, oszczędnością w stylistyce, tematyką pełną rozterek polskiej inteligencji w zetknięciu z przemianami społeczno – politycznymi. Natomiast w zapomnianym Dotknięciu ręki reżyser ten, nie goniący za tanim poklaskiem i będący wręcz przeciwnikiem wszelkiej tandety, przeciwstawił muzyczny sen studenta muzykologii, percepcji starego kompozytora, od dziesięcioleci milczącego i żyjącego w izolacji od otoczenia.
Ten jakże cienki motyw psychologiczny stał się osnową dywagacji na temat zderzenia pokoleń, przeprowadzonej delikatnie, z rzadką w sztuce filmowej subtelnością, a u samego Zanussiego poczuciem taktu, nie tylko muzycznego.
Jego Dotknięcie ręki jest potwierdzeniem trzymania się zasady, że twórczość Krzysztofa Zanussiego to przede wszystkim problemy środowiska inteligenckiego na tle polskiej mentalności, naszych obyczajów i tradycji. Dochodzi jeszcze motyw zderzenia pokoleń, co czyni obraz pogłębiony psychologicznie, choć trudniejszy w odbiorze dla szerokiej publiczności.
Tego rodzaju cechy nie występują w Tataraku Andrzeja Wajdy z roku 2009, opartego na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza. Zderzenie pokoleń polega tutaj na tym, że matka dwóch synów poległych w Powstaniu Warszawskim po latach nawiązuje romans z ich rówieśnikiem, poznanym przypadkowo młodzieńcem, który wkrótce tonie w rzece, podczas próby narwania swej partnerce tataraku.
Ten rozgrywający się w małomiasteczkowej atmosferze romans wzbogacony został obsadowymi kreacjami Krystyny Jandy w roli Marty, tragicznego młodzieńca Bogusia K. w interpretacji dwudziestokilkuletniego Stefana Sajdy (ciekawe, jakie są losy tego aktora po tym debiucie). Obsadę uzupełniają drugoplanowe postacie Przyjaciółki (wybitna i wzruszająca – bo ostatnia - rola Jadwigi Jankowskiej – Cieślak), doktora – męża Marty (Jan Englert, jak zawsze znakomity) i Julia Pietrucha – urocza Halinka. W dialogach Marty z Bogusiem aż nadto dominowało zderzenie pokoleń usankcjonowane różnicą wieku, pochodzenia socjalnego, problemów osobistych, czyli wątków zderzeniowych, na których można by zbudować jeszcze o wiele bogatszą narrację.
Fantazja twórcza Andrzeja Wajdy pozwoliła zadedykować Tatarak zmarłemu 8 miesięcy przed rozpoczęciem produkcji Edwardowi Kłosińskiemu, wybitnemu operatorowi filmowemu, który przez wiele lat współpracował z Wajdą, m.in. przy Ziemi obiecanej i Człowieku z marmuru. Stąd w prologu filmu autobiograficzny, autorski monolog Krystyny Jandy, którym w tak mistrzowski sposób uczciła pamięć Męża, dając przy tym podwójną, wspaniałą kreację i przypominając, jak ważną i istotną rolę odgrywała zawsze współpracując na ekranie z Andrzejem Wajdą.
Oto garść impresji po telewizyjnym obejrzeniu – niby to zbiegiem okoliczności – dwóch wybitnych, a jednak marginalnych dzieł polskiej kinematografii. Analizując dorobek twórczy Krzysztofa Zanussiego, a zwłaszcza filmy Andrzeja Wajdy w dniach Jego setnej rocznicy urodzin dochodzę do wcale nieodkrywczego wniosku, że mamy w naszych czasach co najmniej dwóch (a może i więcej!) wybitnych na miarę międzynarodową twórców filmowych. Wprawdzie niepodobnych do siebie, ale jakże intensywnych i zachwycających.
W dawniejszych środowiskach sztuki lirycznej mówiło się, że interesujących reżyserów operowych powinniśmy szukać również wśród twórców filmowych. Sam kilkakrotnie tak uczyniłem i nie pożałowałem! Może więc jest jeszcze czas, aby w tej sprawie udać się do Krzysztofa Zanussiego? Proszę, spróbujcie… sugeruję w ramach zderzenia pokoleń dyrektorów polskich teatrów operowych.
Sławomir Pietras