Coraz częstsze powracanie do postaci i twórczości Jerzego Waldorffa, to nie tylko sprawa sentymentów i fascynacji postacią tego jednocześnie pisarza, krytyka, felietonisty i działacza społecznego. Analizowanie osoby i funkcjonowania tego nieugiętego wojownika o szeroko pojęte umuzykalnianie społeczeństwa, już za życia dawało jakże pozytywne efekty i budujące rezultaty. Jego twórczość, postawa, aktywność i popularność, rodziły całe zastępy działaczy muzycznych, publicystów, a nawet kierowników literackich teatrów operowych i filharmonii.
Przechodząc do zjawisk dnia dzisiejszego, skrajnym przykładem nonsensów i skandalicznego nieuctwa, wynikającego z braku kontynuatorów tych profesji jest obecnie anons wrocławskiej premiery opery Don Kichot Julesa Masseneta, na którym bezwstydnie napisano, że jej kompozytorem jest … Giuseppe Verdi… i tak podano to do wierzenia wrocławskim melomanom.
Na nic się zdają trudności w zdobyciu fachowców zajmujących się pisaniem o muzyce, braku publicystyki muzycznej z prawdziwego zdarzenia, wreszcie wewnątrz teatralnego bałaganu nie odróżniającego włoskiego Verdiego od francuskiego Masseneta.
Od czasu odejścia Jerzego Waldorffa (1910-1999) nie pojawił się w Polsce żaden publicysta muzyczny, będący postacią zbliżoną do jego formatu. Ponieważ jestem działaczem wychowanym i ukształtowanym na jego dorobku, więcej – zaszczycony osobistymi kontaktami, a nawet jego krytycznymi ocenami niektórych moich profesjonalnych poczynań, czuję się w obowiązku zabrać publicznie głos w takiej oto sprawie:
Jerzy Waldorff – mimo, że urodzony w Warszawie – całe dzieciństwo i młodość spędził na Ziemi Wielkopolskiej. Najpierw w rodzinnym majątku Rękawczynie i w Gimnazjum w Trzemesznie, potem na studiach prawniczych w Uniwersytecie Poznańskim oraz ucząc się muzyki w tamtejszym Konserwatorium. W latach trzydziestych znalazł się w Warszawie, gdzie początkowo odbywał aplikację adwokacką, jednocześnie pisząc o muzyce w „Kurierze Porannym” i tygodniku „Po prostu”.
Lata wojny spędził w stolicy, konspirując w ramach RGO. Po wyzwoleniu znalazł się w Krakowie pisząc do „Przekroju”, a po powrocie do Warszawy nadając cotygodniowe felietony muzyczne w Polskim Radio oraz przez długie lata uprawiając publicystykę w tygodnikach „Świat” i „Polityka”.
Osobnym terenem działalności Waldorffa było wykupienie zakopiańskiej willi ATMA i urządzenie tam muzeum Karola Szymanowskiego oraz założenie Społecznego Komitetu Opieki Nad Powązkami. Z ponad dwudziestu publikacji książkowych najbardziej poczytne okazały się Sekrety Polihymni, Harfy leciały na północ, Ciach go smykiem, Diabły i anioły, Fidrek i Serce w płomieniach.
Odchodząc na zawsze w ostatnich dniach ubiegłego stulecia Jerzy Waldorff zostawił nam szereg cennych poglądów i wskazówek dotyczących szczególnie muzyki (np. Jak nie mylić Masseneta z Verdim), a ogólnie polskiego patriotyzmu, którego był dozgonnym i gorącym orędownikiem. W miarę upływu czasu gromada wyznawców i potencjalnych kontynuatorów jego przesłania zaczęła się zmniejszać, a liczba funkcjonariuszy nie odróżniających Masseneta od Verdiego ciągle – o zgrozo ! – się powiększa.
Przed kilku laty zaniepokojony tym zjawiskiem rozpocząłem peregrynacje po Ziemi Wielkopolskiej zmierzające do gromadzenia wojowników idei zorganizowania Festiwalu Jerzego Waldorffa dla upamiętnienia jego dorobku i postaci, a zwłaszcza towarzyszących mu idei, jakże ważnych dla muzyki polskiej i – szerzej – naszego dziedzictwa narodowego.
Ponieważ moim zamiarem było objęcie działaniami festiwalowymi również poza poznańskie ośrodki ziemi nadwarciańskiej, odwiedziłem Trzemeszno zjednując sobie do waldorffowskich przedsięwzięć Burmistrza oraz Proboszcza Bazyliki, w której mały Jerzy grywał na organach, ucząc się w miejscowym gimnazjum.
Następnie z nieodżałowanej pamięci Marszałkiem Wielkopolskim Stefanem Mikołajczakiem odwiedziliśmy Księdza Prymasa Wojciecha Polaka w Gnieźnie, zyskując pełne zrozumienie i poparcie tej inicjatywy mimo, że Nieboszczyk nie był za bardzo pobożny. Taki sam stosunek do Festiwalu Waldorffowskiego wyraził Japas Szumański, dziennikarz, wieloletni działacz kulturalny w Pile, a obecnie v-ce przewodniczący Wielkopolskiego Towarzystwa Kulturalnego.
Wreszcie zakończone pozytywnymi rezultatami rozmowy z Panią Rektor Hanną Kostrzewską w Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego, uczelni do której Pan Jerzy przekazał w testamencie całą swą, od przedwojny gromadzoną, muzyczną bibliotekę.
Zważywszy na powyższe ponownie apeluję, aby ktoś wreszcie podjął się organizacji Festiwalu Jerzego Waldorffa na Ziemi Wielkopolskiej. Będę te działania wspierał, pomagał, współuczestniczył w nich i promował, póki mi siły i ducha wystarczy.
Stąd to dzisiejsze „słowo” o Jerzym Waldorffie!
Sławomir Pietras