Nie poszedłem zobaczyć operowej wersji Portretu Doriana Greya Oscara Wilda, która niedawno z muzyką Elżbiety Sikory była prapremierą w Teatrze Wielkim w Poznaniu. Zostałem ukarany za odwagę wytykania błędów w kierowaniu tą instytucją, więc nikt mnie tam nie zaprasza.
Ale taki jest los dyrektora Opery, o czym już mówiłem i pisałem nie raz. Odczekam więc jeszcze chwilę, przebiorę się za melomana, kupię w kasie bilet – jeśli jeszcze przedstawienie będzie grane – i wszystko Państwu opiszę.
Wprawdzie zajadli operomani, a zwłaszcza niektórzy teoretycy przedmiotu twierdzą, że praktycznie każdy temat, wydarzenie, historia i fantazja, może być przedmiotem spektaklu operowego. Powiedziałbym, że jedne z nich bardziej, a inne mniej. Dzieło literackie Oscara Wilda zaliczam do tej drugiej kategorii, ale nie uprzedzajmy faktów, zanim nie obejrzę przedstawienia. Na pewno nie wiedziała o tym pełniąca jeszcze obowiązki dyrektorka Opery Poznańskiej, ale Ona o niczym nie wie, albo wie niewiele. O wiele za mało, aby trwać na tym stanowisku.
Tymczasem zamknięty w domu i złożony (proszę się nie cieszyć, to tylko chwila) przypadłościami, zatapiam się w historii najbardziej tajemniczej kobiety w Biblii – Marii Magdaleny „pełnej sensacyjnych faktów, nowatorskiej biografii kobiety uważanej za biblijną femmę fatale”. Wyszła ona spod pióra Pawła Filipa Nowakowskiego, krakowskiego historyka i teologa. Po uważnym przestudiowaniu tej fascynującej książki, starannie wydanej przez wydawnictwo ZNAK, nasunęła mi się natrętna sugestia, że to właśnie historia tej nawróconej nierządnicy, uczennicy i przyjaciółki Chrystusa, a może nawet jego żony i matki jego dzieci (z tym jednak ostrożniej!), świadka Zmartwychwstania, wreszcie Apostołki i Apostołów – to wszystko może stanowić pasjonujący materiał do stworzenia libretta operowego. Szkoda, że nie wzbudziłem dotąd w sobie takiego talentu literackiego, który mógłby w dziedzinie narracji scenicznej choćby zagrażać mojemu przyjacielowi Pawłowi Chynowskiemu, bo natychmiast zabrałbym się do roboty. Tymczasem namawiam do tego ludzi pióra, bo właśnie tematy literackie, a wcale nie muzyka, są zwykle barierą w niemrawym postępie współczesnej twórczości operowej.
Może cała plejada obecnych reżyserów operowych zamiast znęcać się nad klasyką liryczną, „poprawiając” ją, przerabiając, uwspółcześniając, a zdaniem krytyki i publiczności – psując! – zajmie się stwarzaniem autorskich koncepcji wielkich postaci np. Antyku, Biblii, a nawet Ewangelii. Pole do takiego działania jest ogromne. Zwłaszcza, że tematów antycznych dostrzeganych w obecnym repertuarze operowym i baletowym jest doprawdy niewiele (Spartakus, Medea, Orfeusz i Eurydyka, Trojanie), biblijnych: (Samson i Dalila, Mojżesz i Aron, Mojżesz w Egipcie, Królowa Saba, Syn Marnotrawny) i wziętych z tematów ewangelicznych (Salome Ryszarda Straussa, Tragedyja, czyli rzecz o Janie i Herodzie Romualda Twardowskiego, Kuszenie na pustyni Benjamina Brittena, Herodiada Julesa Masseneta, który – byłbym zapomniał – skomponował niegrane nigdzie dzieło o Marii Magdalenie, ale bardziej w formie oratoryjnej.
Szkoda, że konstruując aktualne repertuary polskich scen operowych zapomnieliśmy o tym pięknym temacie. Piszę o tym w nadziei, że wkrótce posypią się w moim kierunku zapytania o wskazówki i materiały dotyczące Marii Magdaleny… „Jednej z najbardziej kontrowersyjnych, a przez to intrygujących postaci Pisma Świętego”, o czym pisze w swej książce Paweł Filip Nowakowski.
Dla obecnych i przyszłych reżyserów operowych literackie kreowanie jednej z najbardziej rozpoznawalnych świętych Kościoła, a następnie przekładanie jej losów na język działania muzycznego i scenicznego, jest prostą drogą do szukania wyjścia z impasu tematycznego współczesnej, jakże niemrawej twórczości operowej.
Czynności tej mogliby się poświęcić kompozytorzy, osobiście konstruując libretta swych późniejszych dzieł muzycznych.
Przed kilkunastu laty, podczas uroczystej kolacji na cześć Wojciecha Kilara, wydanej przez jak zawsze gościnnego ks. kanonika Jarosława Wolskiego na festiwalu „Ave Maryja” w mojej rodzinnej Czeladzi, odważyłem się „zaatakować” uwielbianego przeze mnie kompozytora Wojciecha Kilara za nieskomponowanie jak dotąd żadnej opery. Ten – broniąc się spytał – co mu radzę, jakim tematem mógłby się zająć. Zaskoczony zacząłem plątać się wokół twórczości Nikołaja Leskowa. Nawet podesłałem mu którąś z jego książek…
Wkrótce Wojciech Kilar zszedł z tego świata, co jest niewybaczalną pomyłką Pana Boga. Gdyby jednak Stwórca wstrzymał się z tym wyrokiem, moja rada brzmiałaby: Maria Magdalena!
Sławomir Pietras