Nie jest z tym najlepiej. Gdzie te czasy, kiedy polskie teatry operowe grały tygodniowo sześć spektakli, co w danym miesiącu dawało liczbę około 30 wykonań. Wszędzie panował repertuar zmienny, co oznaczało, że codziennie na scenie pojawiał się inny tytuł, a w okresie moich finałowych zmagań w Poznaniu (2009) dysponowaliśmy ponad czterdziestoma spektaklami operowymi i kilkunastoma baletami.
Obecnie w skali miesiąca w każdym mieście posiadającym zespół operowy odbywa się tylko około dziesięciu przedstawień. Grane są zwykle w cyklu, aby zaoszczędzić koszty organizacyjne, zmian technicznych, dodatkowych prób i wznowień, co odbija się na frekwencji i wpływach kasowych. A przecież koszty stałe teatru są takie same, gdy się gra miesięcznie 10 czy 30 razy. Za wszystkimi przyczynami słabej aktywności repertuarowej stoi brak – pogłębiający się z każdym sezonem – środków finansowych. Odczuwają to również wykonawcy i zespoły techniczne, bo grając mniej, zarabiają jeszcze mniej.
Pozostawiając to zmartwienie samorządowym organizatorom i nadzorcom pracy teatrów postanowiłem przyjrzeć się aktualnym planom repertuarowym poszczególnych scen, za czym kryją się koszty, czyli pieniądze na honoraria, realizatorów i wykonawców, produkcję dekoracji i kostiumów, prawa autorskie i inne wydatki, bez których nie powstanie żadna premiera.
Jeszcze przed kilkunastu laty w każdym sezonie było ich co najmniej kilka, a w niektórych teatrach dochodziło aż do dziesięciu. Większość z nich zatrzymywała się w repertuarze – ku satysfakcji publiczności – przez wiele sezonów, jeśli tylko była sukcesem artystycznym. Obecnie, zwłaszcza największe polskie sceny operowe szybko pozbywają się nowych produkcji, bo albo nie cieszą się zainteresowaniem widzów (co niestety zdarza się zbyt często), albo przygotowane w ramach tzw. koprodukcji z innymi teatrami i szybko przekazywane są do dyspozycji partnerów.
Spróbujmy przyjrzeć się, co w tym repertuarowym kryzysie zaplanowały nasze zespoły operowe i baletowe w rozpoczętym właśnie kalendarzowym roku. Jedyna dysponująca wystarczającymi środkami Opera Narodowa przewiduje premiery Kobiety bez cienia Ryszarda Straussa, Falstaffa Verdiego, Romeo i Julię Gounoda i jakieś novum repertuarowe o dziwacznym tytule Najlepsze miasto świata. Opera w Warszawie. Polski Balet Narodowy zapowiada kolejne produkcje polskich choreografów Androidy, Urojenia i klasyczną Coppelię.
W Łodzi mówi się o Zarzueli, Otellu, baletowym spektaklu Supernova i też Coppelii. Poznań planuje tylko Króla Rogera i baletowe pozycje Caravagio oraz Spectrum 04. Opera Nova w Bydgoszczy po baletowym Amerykaninie w Paryżu otworzy swój kolejny festiwal Łucją z Lammermooru i zastanawia się nad jakąś nową pozycją dla dzieci. We Wrocławiu będą premiery opery Don Kichote Masseneta, Julietty Martinů i baletowy Sen nocy letniej. W Szczecinie myśli się o Rigoletcie, w Krakowie o Fauście, w Gdańsku o Kawalerze srebrnej róży i baletowym Metropolis, w Bytomiu o nowej Carmen, koncertowym Królu Rogerze i kolejnych baletowych Horyzontach, a w Warszawskiej Operze Kameralnej o Cosi fan tutte, natomiast w Operze Królewskiej o Signor Bruschino Rossiniego.
I to byłoby na tyle. Ta wyliczanka może okazać się niekompletna, bo informacje pochodzą z niepewnych źródeł, a ich zdobycie zabrało mi o wiele więcej czasu, niż napisanie tego felietonu.
A już wręcz kuriozalna sytuacja repertuarowa opanowała Operę Podlaską. Jej dotychczasowa dyrektorka na niedawnej konferencji prasowej narzekała, że miniony sezon był wyjątkowo ciężki. Wymieniła przy tym udaną premierę Kopciuszka Rossiniego i musical Vesper oraz imprezy typu Konopnicka, Celińska, czy Podlaski wymiar sztuki. Natomiast na rok 2026 zaplanowała jubileusz 5-lecia istnienia zespołu baletowego, który liczy tylko kilka osób i… nic więcej. Odbyło się – jak twierdzi – 218 wydarzeń, które obejrzało około 66500 widzów. Podzieliwszy jedno przez drugie wychodzi frekwencja około 300 widzów na każdym wydarzeniu.
Jeszcze bardziej kuriozalna jest zapowiedź premiery Halki w języku … włoskim, którą reżyserować będzie Michał Znaniecki. On to zapewne zapragnął, aby dla lepszego zrozumienia o co chodzi w naszej operze narodowej publiczność białostocka poznała Halkę w języku używanym w Watykanie, choć jeszcze nigdy na Podlasiu nie śpiewano tego dzieła nawet po polsku. Radziłbym uważać na pomysły tego reżysera. W Poznaniu przed laty ogłosił „sezon mężczyzn” (co by to miało znaczyć?), a jednocześnie zlikwidował Dni Verdiego i Festiwal Hoffmannowski.
Oto obraz operowej i baletowej sytuacji repertuarowej w kraju, gdzie nie ma pieniędzy na ochronę zdrowia, zakup armat i pocisków na zapewnienie bezpieczeństwa, więc co tu mówić o środkach na kulturę i sztukę, a zwłaszcza o graniu Halki Moniuszki w języku Petrarki.
Sławomir Pietras