Właściwie ją podyktował, bo na okładce zamieszczono tytuł „Artysta życia. Wiesław Ochman, literowany przez Agnieszkę Malatyńską-Stankiewicz”, krakowską dziennikarkę muzyczną, która ma w swym dorobku między innymi rozmowy – rzeki z Antonim Witem (Dyrygowanie. Sprawa życia i śmierci) oraz Scherzo dla Wojciecha Kilara.
To co miał do opowiedzenia Wiesław Ochman pomieściło się na 350. stronach, ubarwionych licznymi fotografiami, ale przede wszystkim bezcennymi wyznaniami, które potwierdzają, że mamy do czynienia nie tylko ze światowej klasy tenorem, ale postacią pod każdym względem niezwykłą i godną dogłębnego poznania.
Mam prawo dzielenia się z taką opinią, bo łaskawy los pozwolił mi Wiesława Ochmana oglądać na scenie począwszy od debiutu w Łucji z Lammermoor w roku 1960 (byłem wtedy jeszcze przed maturą), poprzez wszystkie jego wczesne kreacje bytomskie w Poławiaczach pereł (Nadir), Marcie (Lyonel), Złotym koguciku (Gwidon), Strasznym dworze (Stefan), Rusałce (Książę), Wolnym strzelcu (Max), Wertherze (tytułowa) czy Traviacie (Alfred). Wkrótce potem pojechałem do Krakowa, aby zobaczyć i usłyszeć go jako malarza Cavaradossiego w Tosce, którą śpiewał ze szczególną fantazją, jako że prywatnie zajmował się i do dziś zajmuje, (zresztą również z pięknymi rezultatami) – malarstwem.
W czasach warszawskich najczęściej podziwiałem go w Halce (Jontek), Carmen (Don José), tytułowych bohaterach w Fauście i Don Carlosie, w Tosce u boku Antoniny Kaweckiej czy w Traviacie z rewelacyjną Urszulą Koszut. Nigdy nie zapomnę monachijskiego spektaklu Salome, na który będąc ubogim studentem kupiłem u konika bilet za dla mnie niebotyczną wtedy sumę 100 marek, aby zobaczyć go w partii Narrabotha w Salome, a w kilka miesięcy później dostać się na Rigoletto w Hamburgu, w rewelacyjnej obsadzie z nim w roli Księcia, który po spektaklu widząc delegację Towarzystwa Przyjaciół Opery z Poznania (byliśmy tam z moim przyjacielem Zdzisławem Dworzeckim), wyjął z bagażnika dwa egzemplarze dopiero co nagranej płyty w Deutsche Grammophon, wręczył nam i umieściwszy w mercedesie swą piękną żonę Krystynę, pomknął przez NRD prosto do Warszawy.
Czytając wyznania Wiesława Ochmana z wczesnego okresu operowej kariery wróciła do mnie młodość spędzona na widowniach teatrów operowych, w których postać tego wspaniałego polskiego tenora, uroczego amanta i bezpretensjonalnie szlachetnego człowieka, robiła i robi dotąd niezatarte wrażenie.
Zanim stanął na scenie, ukończył studia na krakowskiej AGH, jednoczenie wyuczył się śpiewać u prof. Gustawa Serafina, uzupełnione później korepetycjami u prof. Marii Szłapak w Bytomiu i prof. Sergiusza Nadgryzowskiego w Warszawie. Tam miał szczęście dostać się pod skrzydła dyr. Zdzisława Górzyńskiego, dyrygenta i fachowca operowego najwyższej klasy. Toteż szybko nastąpiły pierwsze sukcesy zagraniczne; niemieckie, francuskie, amerykańskie, ciągle powiększany repertuar, praca pod kierownictwem najlepszych na świecie dyrygentów i reżyserów, w towarzystwie najwybitniejszych w skali światowej śpiewaków, z których wielu stało się nie tylko partnerami, ale również serdecznymi przyjaciółmi. O tym wszystkim możemy obszernie czytać na kartkach tej pasjonującej książki.
To jest kariera wręcz nieporównywalna z czymkolwiek, co komukolwiek z Polaków zdarzyło się w dziedzinie operowej. Wiesław Ochman dysponował repertuarem ponad 40 czołowych partii tenorowych (Kiepura zaledwie kilkunastu). Nasz bohater występował w ponad 70. teatrach na całym świecie z nowojorską MET i mediolańską La Scalą włącznie (absolutny rekord!). Jego kariera sceniczna trwała nieprzerwanie przez ponad pół wieku, a koncertowanie estradowe trwa do dziś, bo artysta zachowuje ciągle nienaganną formę wokalną, bez śpiewania żyć nie może, a publiczność ciągle oczekuje kontaktu z tym artystycznym, osobowościowym i „biologicznym” (!) fenomenem.
Niemal wszystko to możemy znaleźć w tej wspaniale skonstruowanej książce. Poza wspomnieniami i relacjami Wiesław Ochman zawarł w niej szereg własnych, wielce interesujących poglądów, wiele cennych uwag i ocen, a przede wszystkim mnóstwo serdeczności i ciepła pod adresem ludzi, z którymi miał do czynienia w swym długim i pracowitym życiu.
Wiedziałem o tym od dawna, ale po przeczytaniu teraz upewniłem się jeszcze raz, że w postaci Wiesława Ochmana straciliśmy szansę na posiadanie na skalę światową osobowości, autorytetu i fachowca, dla pokierowania którymś z naszych teatrów operowych, najlepiej Operą Narodową.
Niech mi Maestro wybaczy ten śmiały pogląd zważywszy, że uważnie przyglądam się Jego karierze od samego jej początku i kto wie, czy nie dlatego właśnie zostałem operowym dyrektorem.
Sławomir Pietras