W polskich warunkach zjawiskiem zupełnie nowym jest obecność cudzoziemskich artystów baletu we wszystkich naszych zespołach. Przy tym w większości z nich liczba obcokrajowców przekracza połowę zaangażowanych tancerek i tancerzy. Pozwólcie pozostawać przy wyznawanym od dawna poglądzie, że nie jest to sytuacja normalna i choć spotykana w niektórych krajach, to dotychczas obca tradycji polskiej, gdzie od niepamiętnych czasów rodziły się obfite generacje roztańczonych tubylców, z których wiele okazało się później talentami baletowymi.
Mogłoby tak być również obecnie, gdyby nie PRL-owska metoda szkolenia, przejęta z radzieckiej akademickiej klasyki w upaństwowionych szkołach baletowych, które do dziś pozostały pamiątką po minionej epoce. Jest ich pięć (Warszawa, Gdańsk, Poznań, Bytom, Łódź), coraz droższe w eksploatacji, coraz mniej wydajne, kształcące głównie panienki, z których nie wszystkie trafiają potem do działalności zawodowej. Przyczyną tej niewydolności jest przede wszystkim anemiczny, wadliwy i mało rozpropagowany nabór kandydatów, dla których konkurencją są między innymi propozycje atrakcyjnych zajęć sportowych. Nie wspomnę już o wynagrodzeniach przyszłych koryfeuszy i mistrzów tańca, a zwłaszcza brak odpowiednich przepisów emerytalnych, które na szczęście są w trakcie nowego opracowania i – daj Boże – wejdą w życie jak najszybciej.
Gdyby jeszcze – kto trzeba – zrozumiał, że niezbędna reforma szkolnictwa baletowego powinna oprzeć się na sprywatyzowaniu nauki tańca, wsparciu różnorakich niepaństwowych szkół baletowych, z wyłączeniem ich ogólnokształcącego systemu. Osobnym polem dyskusji powinna być reforma baletowego kształcenia, nad którą merytorycznie powinno czuwać Ministerstwo Kultury, możliwie hojnie sponsorując ich działalność. Wtedy możliwy będzie powrót do tradycyjnie roztańczonych pokoleń Polaków, z których za pomocą mądrej i profesjonalnej selekcji wyłaniani będą mistrzowie polskiej sceny baletowej tak, jak to drzewiej bywało.
Spójrzmy więc teraz na to, z czym wchodzą w Nowy Rok zespoły baletowe działające przy polskich teatrach operowych. W moich oczach największe uznanie wzbudza to, co dzieje się w baletowym Bytomiu. Kierująca tamtejszą Szkołą Baletową dyr. Elżbieta Mendakiewicz z coraz skuteczniejszymi rezultatami dba o kształcenie śląskiej młodzieży tanecznej, a wieloletni czołowy solista baletu Opery Śląskiej Grzegorz Pajdzik mądrze i rozważnie kieruje tamtejszym zespołem. Zarówno jego skład, jak i dobrze przygotowywany repertuar wzbudzają duże zainteresowanie publiczności i dobrze rokują na przyszłość.
Do niedawna podobne wrażenia odnosiłem z sytuacji na Wybrzeżu, gdzie dyrektorem Szkoły jest Sławomir Gidel, a zespołem baletowym Opery Bałtyckiej kierował dotąd mój wieloletni współpracownik Wojciech Warszawski. Kierował – bo właśnie przyszła wiadomość o jego wymuszonej abdykacji. Szkoda, bo szefowie zespołów baletowych z prawdziwego zdarzenia nie rodzą się na kamieniu.
Mam nadzieję, że takim okaże się inny mój wieloletni współpracownik Karol Urbański, który po nie zawsze udanych przedsięwzięciach zawodowych objął niedawno dyrekcję Szkoły Baletowej w Łodzi, której zresztą jest absolwentem. Można sobie wiele obiecywać po tym inteligentnym i wykształconym artyście, czego nie mogę powiedzieć o sytuacji sztuki baletowej w pogrążonym w głębokim kryzysie Teatrze Wielkim w Łodzi, w którym najjaśniej lśni talent pochodzącego aż z Australii tancerza i choreografa Joshua Legge.
O sytuacji w balecie wrocławskim nie należy mnie pytać, bo to za daleko, a jeśli chodzi o poznański, to z kolei za blisko. Chyba, że o Polski Teatr Tańca, który w nowej siedzibie przejawia aktywność, energię i przedsiębiorczość głównie dzięki swej dyrektorce Iwonie Pasińskiej, dzielnie odpierającej ataki od ciągle żywych popleczników jej poprzedniczki. Zjawiskiem tej formy uprawiania sztuki tańca należałoby zająć się w osobnych publikacjach zwłaszcza, że wciąż nowe Teatry Tańca pojawiają się w Bytomiu, Krakowie, Lublinie i jeszcze innych miastach.
Dziś wspomnę tylko o pięknych rezultatach pracy Małgorzaty Marcinkowskiej, która po latach solistycznego tańczenia za mojej dyrekcji w Łodzi podjęła się kierowania baletem Opery Nova w Bydgoszczy i czyni to zarówno pod względem repertuarowym jak i kadrowym po prostu nienagannie. To samo mogę powiedzieć o Grzegorzu Brożku, kierowniku baletu Opery na Zamku w Szczecinie, którego uczyłem historii tańca w łódzkiej Szkole Baletowej, a teraz będę pilnie obserwował jego poczynania w nowej kierowniczej i choreograficznej sytuacji.
W tym miejscu należałoby powiedzieć o największym sukcesie w dziedzinie baletu, jakim jest powstanie i działalność Polskiego Baletu Narodowego. Proszę więc oczekiwać podjęcia tego tematu w niedalekim terminie…
Sławomir Pietras