Pozytywne opinie dochodzą z Wrocławia, zwłaszcza po premierze Salome Ryszarda Straussa, w której rolę tytułową rewelacyjnie zaprezentowała Natalia Rubiś. Równie dobre odgłosy towarzyszą spektaklowi Kopciuszek Gioacchino Rossiniego w Operze w Białymstoku, głównie dzięki reżyserii Marii Sartovej i kierownictwu muzycznemu Adama Banaszaka. Dyrygent ten odnosi sukcesy, gdy tylko stanie za pulpitem, czego przykładem jest niedawna realizacja Cyrulika Sewilskiego w warszawskiej Operze Kameralnej.
Również pozytywne sygnały otrzymałem z Opery na Zamku w Szczecinie, gdzie począwszy od grudnia balet tego Teatru pod kierownictwem Grzegorza Brożka, w jego inscenizacji i choreografii prezentuje bajkę o Kopciuszku z muzyką Karola Lipińskiego i Nicolo Paganiniego, co jest zabiegiem zaskakującym, ale godnym uwagi.
Tymi słowami nie można określić sytuacji, w jakiej znalazł się – najbliższy mojemu sercu – Teatr Wielki w Poznaniu. Po nierozstrzygniętym konkursie na jego dyrektora, dalsze obowiązki niefortunnie powierzono jego dotychczasowej dyrektorce mimo, że poza wszelką wątpliwość to ona odpowiada za szereg nieporozumień repertuarowych, błędną obsadę realizatorów, nieszczęsną politykę kadrową oraz całe pasmo konfliktów z zespołem, który wyprotestował ją w przeprowadzonym niedawno referendum.
Przed kilkoma dniami ogłoszono nowy konkurs, przy czym zachodzi coraz więcej podejrzeń, że będzie on „ustawiony”, bo upieranie się Marszałka Wielkopolski przy dotychczasowej dyrektorce wygląda tak, jakby mieli z sobą to i owo, a co najmniej trójkę nieślubnego potomstwa. Również przed kilkoma dniami rozeszła się wiadomość, że p.o. dyrektorka mianowała na stanowisko dyrektora artystycznego niejaką reżyserkę Karolinę Sofulak, która właśnie niedawno pokiereszowała moniuszkowską Hrabinę. Innych szczegółów tej „kariery” nie pamiętam, bo też widocznie nie było nic do zapamiętania. Pomijając marność i nicość takiej kandydatury na stanowisko, które niegdyś w Poznaniu sprawowały takie tuzy jak Latoszewski, Górzyński, Bierdiajew, Satanowski i Dondajewski pozostaje pytanie, czy dyrektor pełniący tylko obowiązki między dwoma konkursami może mianować na stałe szefa artystycznego?
W podobnie kuriozalnej sytuacji znalazł się – równie bliski memu sercu – Teatr Wielki w Łodzi. Tutaj władze obserwowały zapewne – jak wszyscy wkoło – niespotykany dotąd exodus kadrowy, nieudolność repertuarową, arogancję na linii kierownictwo – pracownicy, a ostatnio skandaliczną postawę wobec kilkorga długoletnich solistów, w tym głównie gwiazdy operowej Joanny Woś. Zamiast zdyscyplinować dyrektora wykonującego wręcz odruchy schizofreniczne, przełożeni zagwarantowali mu nietykalność aż do końca sezonu.
Dokonując swego rodzaju noworocznego remanentu operowego zwracam uwagę – nie po raz pierwszy zresztą – że wyłanianie kandydatów na dyrektorów teatrów w drodze konkursów prowadzi donikąd, czyli nieporozumień, pomyłek, a nawet skandali. Z tego wynikają coraz częstsze wypadki działań nieprofesjonalnych, obcej teatralnej tradycji, moralnie wątpliwych, a coraz częściej zabójczych dla naszej sztuki.
Od czasu, kiedy teatry operowe przeszły pod nadzór samorządów, znacznie osłabła czujność władz nad tym, co się w nich dzieje. Nie rozwiązuje tego problemu współprowadzenie niektórych z nich przez Ministerstwo Kultury. Owszem, częściowo w zakresie finansowania, ale nie w dziedzinie spraw merytorycznych.
Należy pilnie przyglądać się nowym porządkom w Operze Narodowej, po opuszczeniu jej przez Waldemara Dąbrowskiego. Pomijam zgodną z moją tezą sytuację, kiedy dyrektora teatru releguje się ze stanowiska w momencie jego szczytowych osiągnięć, jak to stało się z moim wybitnym następcą, którego zdymisjonował właściwie byle kto!
Spróbowano ratować sytuacje stworzeniem jakiejś Rady Powierniczej pod kierownictwem Dąbrowskiego. Ale przed tym energicznie bym przestrzegał zwłaszcza, że próbuje się to już czynić również w innych teatrach. Jeszcze jedno ciało zbiorowe o niejasnych kompetencjach i wątpliwym składzie, to prawdziwa kula u nogi nowego teatralnego przywódcy. A został nim w Warszawie tym razem scenograf, z pochodzenia Słowak z wykształcenia uczeń samego Kreütza-Majewskiego, a z kariery niestety wspólnik dzieł scenicznych Trelińskiego. Należy życzyć mu wszelkiej pomyślności, sił i zdrowia w tej trudnej pracy. Niełatwo mu będzie dorównać – zwłaszcza kompetentnym na tym stanowisku – poprzednikom.
Jeśli – nie daj Boże – doznałby zawodu, zawsze pozostanie mu walka o sukces w przeprowadzeniu wielomiesięcznego remontu gmachu Teatru Wielkiego, na który podobno otrzymał pieniądze i na czym się przecież z racji swej profesji powinien wyznawać.
Sławomir Pietras