Historia sztuki operowej w tym mieście jest o wiele dłuższa i sięga aż wieku XVIII. Ale ponieważ były to czasy niemieckie, pomijaliśmy to zagadnienie w pierwszych dziesięcioleciach po wojnie. Dopiero po transformacji zaczynamy wracać do tej historii, a zwłaszcza gmachu zbudowanego w roku 1841 i na szczęście ocalałego z wojennych bombardowań.
Na konferencji z okazji 80-ciu lat polskiej sceny operowej we Wrocławiu mówiła o tym – wprawdzie skrótowo – dr Agnieszka Drożdżewska, a lata powojenne – już bardzo szczegółowo-omawiali dr Sławomir Wieczorek (Migawki z dziejów Opery we Wrocławiu), Artur Bielecki (Robert Satanowski, – mąż opatrznościowy Opery Wrocławskiej…) oraz Jacek Marczyński (Wędrowanie po epokach i mieście 1995-2025).
Tych mężów opatrznościowych powojenny wrocławski teatr operowy miał znacznie więcej, począwszy od Stanisława Drabika, poprzez Jerzego Gardę (krótko!), Kazimierza Wiłkomirskiego, Adama Kopycińskiego (o którym w ogóle nie wspomniano), aż po Ewę Michnik, która – obecna na jubileuszu – była należycie fetowana – również jako autorka wydanej właśnie opasłej księgi o swej dyrekcji w latach 1995-2016.
Tego samego dnia (8 września) odbyło się nadanie imienia Teresy Kujawy dużej sali prób baletu w pięknie wyremontowanym i przebudowanym wewnętrznie gmachu przy ul. Świdnickiej. Poprzedził je panel dyskusyjny „80 lat baletu w powojennym Wrocławiu”, który z wigorem poprowadził Beniamin Paschalski, a wśród dyskutantów zdecydowanie wyróżniała się Maria Kijak-Rakowska, wieloletnia primabalerina, a następnie doskonała szefowa wrocławskiego baletu.
Upamiętnienie w ten sposób zasług Teresy Kujawy dla Wrocławia, wybitnej choreografki wiernej temu miastu nasuwa myśl, aby przy innej najbliższej okazji uczcić również zasługi Lii Rotbaumówny, charyzmatycznej reżyserki, realizatorki szeregu wybitnych premier operowych, o której podczas konferencji też w ogóle nie wspomniano.
W uroczystości nadania sali baletowej imienia Teresy Kujawy wzięło udział liczne grono wrocławskich artystów baletu różnych pokoleń, podziwiających luksusowy warsztat pracy, jakiego nadodrzańscy tancerze nigdy nie mieli, wraz z tablicą przedstawiającą konterfekt Mistrzyni, wraz ze stosowną inskrypcją. Do tego przedsięwzięcia przyczynił się Wrocławski Oddział ZASP-u, którym kieruje lekko tylko posiwiały prof. Tadeusz Pszonka, który stanowczo za wcześnie zakończył swą operową karierę (tenor), a teraz z energią i entuzjazmem uczestniczył w uroczystościach jubileuszowych.
Pracowitą konferencję z okazji 80-lecia zakończył panel „Opera wczoraj i dziś” prowadzony przez red. Beatę Maciejewską, z udziałem do niedawna wybitnych solistów tego Teatru, Aleksandry Lemiszki i Radosława Żukowskiego, dyrygenta Tomasza Szredera oraz niegdysiejszych dyrektorów Wiktora Herziga, Sławomira Pietrasa, a zwłaszcza najwytrwalszej z nas i najbardziej zasłużonej Ewy Michnik.
Uczestnicy panelu skłonili tę wspaniałą postać, aby wyjawiła relacje, jakie łączyły ją z Franciszką Platówną, wybitną śpiewaczką, pierwszą wrocławską Halką, otwierającą powojenne dzieje powojennego Wrocławia.
Często mówiło się, że Platówna była ciotką Ewy, ale – okazało się – to tylko połową prawdy. Obie urodziły się w podkrakowskiej Bochni, natomiast pięknogłosa i korpulentna Platówna była jedynie zaprzyjaźniona z lekarską rodziną państwa Michników i ich dorastającej córce pozwoliła mówić – ciociu. Jednak to ona pierwsza rozpoznała muzyczne zdolności Ewy, pokierowała ją do szkoły muzycznej, a później już samodzielnie na studnia dyrygenckie i karierę managerską, o czym już wszyscy wiemy i powinniśmy wypowiadać się z szacunkiem i podziwem.
To samo powinno dotyczyć przyszłych profesjonalnych dokonań niedawno mianowanej dyrektorki Opery Wrocławskiej Agnieszki Franków-Żelazny, którą dyskretnie obserwowałem podczas jubileuszowych uroczystości. Była obecna wszędzie, elegancka, uśmiechnięta, urodziwa i młodzieńcza. Trzymam kciuki, aby udało się jej wyprowadzić mój trzykrotnie ukochany Teatr z kryzysu kadrowego, dzięki rozwadze, wiedzy, pracowitości i… odrobinie szczęścia, czego – zaprawiony w dyrektorskich bojach – szczerze jej życzę.
Sławomir Pietras