Skąd się wzięła „Frida” we Wrocławiu

Opublikowano: poniedziałek, 23, czerwiec 2025 06:40
Pietras Sławomir

Dawno nie byłem w Operze Wrocławskiej, nękanej ostatnio kłopotami kadrowymi. Z radością więc przyjąłem zaproszenie na premierę baletową zatytułowaną „Frida”. Okazało się, że chodzi o mało znaną w Polsce malarkę meksykańską o nazwisku Frida Kahlo, który życiorys zapewne zasługuje na spektakl baletowy. Ale aby zrozumieć o co chodzi, trzeba było godzinnego wykładu dr Dariusza Galewskiego z wrocławskiej Akademii Muzycznej, interesująco opowiadającego o tym wszystkim na foyer teatru, tuż przed rozpoczęciem przedstawienia.

 

Również niewiele wyjaśnił dobrze zredagowany przez Jana Płonkę program spektaklu, dzięki któremu dowiedzieliśmy się, kim jest choreografka i pozostali realizatorzy, dotąd nieznani polskim baletomanom. Ale ciągle pozostaje tajemnicą, dlaczego przed naszą publicznością tańczy się historię meksykańskiej malarki, nie mającej przecież z nami nic wspólnego. Polscy twórcy baletowi nie interesowali się dotąd ani Matejką, ani Gierymskim, Chełmońskim, Beksińskim, czy Witkacym, nie mówiąc już o Boznańskiej, Stryjeńskiej, czy Andzie Rottenberg (wprawdzie tylko historyczce sztuki), o której cała Warszawa huczy, że podpowiada i doradza obecnej ministrze kultury.

 

Gdyby chociaż powstał balet o Juanie Soriano, wybitnym meksykańskim malarzu i rzeźbiarzu, którego duża liczba dzieł znalazła się w Polsce. Odkrył go, wylansował i rozkochał w naszym kraju Marek Keller, niezapomniany polski sponsor pamiątek po Fryderyku Chopinie.

 

Frida Kahlo (1907-1954) zabrała pracowitemu zespołowi Opery Wrocławskiej wiele miesięcy trudu, aby powstało taneczne przedsięwzięcie, nie mające absolutnie nic wspólnego z naszą historią, tradycją czy jakimikolwiek polsko-meksykańskimi związkami. Więcej ; dotyczy ono skomplikowanych i tragicznych przeżyć artystki, która w młodości kolegowała się z Lwem Trockim, a zainfekowana komunizmem stała się wielbicielką Józefa Stalina, malując go w tle jednego ze swych obrazów.

 

Istnieje jednak przyczyna, która znacznie łagodzi mój krytyczny stosunek do tego przedsięwzięcia. Jest nim niezwykle rzetelna realizacja tego spektaklu, zarówno pod względem choreograficznym (Annabelle Lopez Ochoa), scenograficznym (Dieuweke Van Reij), jak i muzycznym (kompozytor Peter Salem). Przy czym sugeruję, że spektakl zyskałby na warstwie muzycznej nagranej na taśmie magnetofonowej, koniecznie również pod dyr. Rafała Kaczmarczyka, który na czele orkiestry Opery Wrocławskiej robi to bardzo dobrze. 


Wtedy niechby „Frida” została zaproszona na tournée do Meksyku, np. przez Bellas Artes. Szkoda, że przed kilkoma miesiącami odszedł od nas na zawsze nieodżałowany Marek Keller, bo On zorganizowałby to najlepiej, będąc doskonałym rzecznikiem współpracy polsko-meksykańskiej.

 

Jest jeszcze jeden kłopotliwy aspekt wrocławskich przedsięwzięć baletowych. Na ponad 30 tancerek i tancerzy zatrudnionych w Operze Wrocławskiej widnieje tylko 8 polskich nazwisk. Reszta to cudzoziemcy, dzięki którym zresztą ta „Frida” została tak dobrze zatańczona. Wiem, wiem, w mieście tym nie ma szkoły baletowej. Ale skoro ciągle nie ma perspektyw szkolenia własnych kadr, zamiast wydawać niemało pieniędzy na ulotnych i przelotnych tancerzy zagranicznych, czy nie lepiej zapraszać do Wrocławia Polski Balet Narodowy, który comiesięcznie prezentowałby swój najlepszy repertuar, traktując Wrocław jako drugą scenę, ewentualnie wspieraną środkami Ministerstwa Kultury i Sztuki?

 

Pozwalam sobie poddać to pod myślenie komu trzeba we Wrocławiu i Warszawie. Jeśli zajdzie taka potrzeba, mogę rozwinąć ten temat zachęcając balet warszawski do występów przed pierwszorzędną i ceniącą tę sztukę publicznością wrocławską.

 

Piękne i niezmiennie przychylne sztuce jest to miasto. Idąc na premierę „Fridy” wstąpiłem niezapowiedziany do Klubu Muzyki i Literatury przy Placu Kościuszki. I tym razem trafiłem tam na zjawisko zdumiewające. Młody profesor gry fortepianowej Jakub Paradowski zgromadził przy dwóch stojących tam fortepianach około 20-osobową grupę swych uczennic i uczniów, którym na co dzień daje lekcje po domach, a od święta urządza pianistyczne konfrontacje bez udziału publiczności w Klubie Muzyki, przy napojach i kanapkach, bez koncertowego patosu, w braterskiej atmosferze i niemal sportowym napięciu.

 

Natomiast wśród gości premiery nie spotkałem wybitnego wrocławskiego działacza kultury Pawła Skrzywanka. Okazało się, że przy kolejnych zmianach kadrowych w Operze skreślono go z listy zapraszanych!

 

Błąd… On - podobnie jak ja w Poznaniu - będzie sobie kupował bilety na dalsze przedstawienia. Ale skąd aktualna dyrekcja weźmie obrońców, którzy - gdy zajdzie taka potrzeba staną - za nią, a zanosi się na trudne czasy… Błąd!

                                                         Sławomir Pietras